Nekron - forum PBF

Pełna wersja: Wschodnia strefa
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Umiejscowione pod wschodnią częścią Elyonu (głównie pod Caranet) żyły niczym podziemne tunele pełne ciemności... I nie tylko. Nie ma w nich światła ani nadziei dla intruzów. Czasem dojrzeć w nich można, niczym błędne ogniki, lśniący złoty pył.
Opadałeś powoli na dno, o ile takowe tu było. W końcu jednak twoje ciało zatrzymało się miejscu. Nie czułeś jednak pod stopami solidnego gruntu, ale coś gęstego, jak bagno. Coś, co oplatało cię całego, co wdychałeś z trudem. Z każdym oddechem wciągałeś i wypuszczałeś z płuc ten cholerny złoty pyłek, oczywiście, nie podobało ci się to, ale jaki miałeś wybór? Nie oddychać wcale? Poruszanie się było ciężko, czułeś opór tego gęstego... Czegoś, co było dookoła ciebie. Powietrze? Czy jakaś cholerna galareta? Nie byłeś w stanie stwierdzić, to nie było nic do tej pory ci znanego. Z jednej strony osłabiało cię, ledwo byłeś w stanie poruszyć się gdzieś w nieokreślonym kierunku do przody, czy chociażby oddychać. Z drugiej jednak całe twoje ciało było nabuzowane, wręcz drgałeś od buzującego w tobie czegoś. Cholera zresztą wie, co właśnie wdychałeś. Może jakiś narkotyk?

Gdyby nie złoty pył, niczego nie widziałbyś dookoła. Tylko on upewniał cię, że jeszcze nie straciłeś wzroku. Otaczał twoje ciało przemieszczając się wraz z nim, dawał jakąś dziwną, mimowolną pociechę w tej sytuacji. Bo nie malowała się ona zbyt pozytywnie. Byłeś cholera wie gdzie bez broni, bez światła, bez jedzenia i picia. Nie wiedziałeś nawet, ile czasu mija. Czyżby w ten właśnie sposób Illiria chciała się ciebie pozbyć? Tylko dlaczego w takim wypadku dawałaby ci w ogóle wybór? Dlaczego, dlaczego, dlaczego... Cisza wręcz raniła twoje uszy, nawet gdybyś coś powiedział, dźwięk niczym w próżni umarłby od razu na twych ustach. Miałeś wrażenie, że jeśli spędzisz tu więcej czasu, chyba zwariujesz.
Cholera, nie tego się do końca spodziewałem... A szczerze spodziewałem się że skończę z połamanymi nogami bądź w jakiejś wodzie. Biorąc też pod uwagę że Illiria raczej nie chciała mnie ani zabić ani wypuścić ze swej chaty, to coś musi być na rzeczy w tym miejscu skoro mnie tu wyrzuciła... Nawet jeśli uważa że nie dam rady się stąd wydostać czy coś, to na pewno będę wstanie zdziałać więcej tutaj niż tam na górze.

Nawet jeśli wylądowałem w gorszej dziurze niż poprzednia, to przynajmniej nie stoję w miejscu, jeden cel osiągnięty, wydostać z tamtej wieży, teraz czas na kolejny, wydostać się z tego czarnego gówna lub dowiedzieć się czym to jest. Wpierw chciałem poszukać za światłem które tu wrzuciłem, pogrzebać gdzieś dookoła i pod sobą... Jeśli go nie znajdę to muszę ruszać przed siebie by nie tkwić dłużej w tej czarnej srace, gdyż nie wydaje mi się żeby było to dobre miejsce na postój. W między czasie jeszcze odwinąłem bandaż z mojej ręki zawijając go na dłoni drugiej ręki, jeśli będę widział te dziwny pyłek w mojej ruszającej się ręce, to znaczy że nie jest tak źle i że wciąż tu jestem.

Więc naprzód, przed siebie aż gdzieś nie dotrę albo aż coś się nie stanie. Może nie zdechnę z głodu albo pragnienia, ani nie zeżrę mnie jakiś przerośnięty kwiat... W takich ciemnościach raczej nic nie powinno rosnąć, chociaż kto wie, czuje się jakbym się topił w ciemnych bagnach, a na bagnach przecież rośnie wręcz wszystko.
Szukałeś na oślep dookoła siebie świecącego kamienia, pływałeś wręcz w gęstej ciemności, niestety nie udało ci się go odnaleźć. Wyparował? Nigdzie nie widziałeś jego światła... Skupiłeś się zatem na próbie wydostania się z tego pierdolnika przy okazji odwiązując bandaż z jednej dłoni i przewiązując go na drugą. Widok lśniących drobin osadzonych pod skórą był trochę niepokojący, trochę kojący. Przynajmniej wciąż wiedziałeś, że masz dłoń, że masz ciało. To chyba nie był kolejny sen, chociaż, może jednak...? Jednak czułeś wszystko normalnie, swoje kończyny, ich ruch, trudności z oddychaniem tym gęstym czymś.

Nie wiesz ile czasu minęło, ale zdążyłeś się już porządnie zmęczyć "płynąc" przed siebie. Czy to tylko ty, czy otoczenie robiło cię ciepłe? Czułeś bowiem jak cały się pocisz, za niedługo będziesz naprawdę potrzebował się czegoś napić. Po niedługim czasie byłeś w stanie stwierdzić, że rzeczywiście robiło się coraz cieplej. Gorąco emanowało z twojej prawej strony zalewając resztę tej wypełnionej ciemnością dziury. I gdzie teraz podążysz? Do ciepła? Czy może w przeciwnym kierunku? Prosto w piekielne wrota czy wręcz przeciwnie?
Przynajmniej wiem że wciąż miałem tą rękę, z tymi dziwnymi drobinami, może kiedyś się ich pozbędę, ale lepiej nie teraz. Musiałeś przeć przed siebie, w końcu po pewnym czasie nawet zdawało się ze faktycznie się gdzieś przemieszczałem, że dokądś zmierzałem... Szczerze miałem już obawy że tkwię w jednym miejscu.

Gorąco, bądź chłodna ciemność? Taki dostałem wybór po dłuższej wymęczającej podróży w jakiejś gęstej mazi która nic nie miała raczej wspólnego z wodą na którą taką miałem teraz ochotę. Chyba zaczynałem tęsknić za tamtą wanną... Prawo bądź lewo? A co było dalej przede mną? Albo co było nade mną? Może jakbyś się wynurzył z tego syfu, warto spróbować 'poleść' ku górze, nawet jeśli wątpliwe jest by miało to się udać. A jeśli się uda, to raczej że nie pójdą w stronę upału, tam co najwyżej znajdę ogień a nie wodę biorąc pod uwagę ten gorąc, wolałem przybliżyć się lewej strony i dalej przeć naprzód... O ile tego efekty byłyby zerowe, to bym zmienił kierunek na przeciwny niż do gorąca. Jeśli do wyboru mam ciemne bezwonne gówno w którym mogłem oddychać, a płynny gorąc, to wolałem już to gówno. Zresztą prędzej znajdziesz w chłodzie wilgoć a wraz z nią wodę, niż w jakimś skwarze...
[BURJAN]

Po jakimś bliżej nieokreślonym czasie przebudziłeś się, otworzyłeś oczy... I nic. Wciąż niczego nie widziałeś. Oślepłeś... A, nie... To tylko to miejsce, to gęste, ciemne bagno wysysające z ciebie całe siły. Czułeś ból w całym ciele, jakby było miażdżone i zgniatane. Coraz ciężej ci się oddychało, coraz ciężej ci się myślało. Mimo, że odzyskałeś przytomność czułeś, jakbyś miał zaraz znów ją stracić. Pozbawiony złotej ochrony, pozbawiony tego złotego pyłu z twojej skóry boleśnie odczuwałeś skutki przebywania w tym miejscu. Przypomniały ci się słowa Illiri, ona wiedziała. Wiedziała co tu się spotka, wiedziała, że prawdopodobnie stąd nie wrócisz... Gdybyś tylko wtedy był bardziej dociekliwy, może teraz udałoby ci się znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji.

Tymczasem byłeś sam, w miażdżącej cię ciemności, która wyduszała z ciebie resztki życia. Gdybyś tylko mógł coś tu zobaczyć, gdybyś tylko miał światło... Może nie było za późno na zaakceptowanie propozycji pani tych ziem? Teraz, gdy się uspokoiłeś, mogłeś przemyśleć wszystko na spokojnie. W końcu... Twoje oczy i tak były bezużyteczne w tych ciemnościach. Czy tego właśnie chciałeś? Odejść z tego świata zagubiony w swojej przeszłości i wspomnieniach? Im dłużej tam byłeś, tym bardziej czułeś, że to koniec. Twoje serce powoli zwalniało, tak samo oddech, ale, o dziwo pod powiekami zamiast ciemności pojawiały się kolory, niczym w rozlanej benzynie. Tęczowe, mroczne kolory wirujące dookoła. Czy tak właśnie miał wyglądać koniec?


Zamykając oczy widziałeś jak z wirujących kolorów wyłaniają się różne kształty, jak coś formuje się na twoich oczach niczym rzeźby z dymu. Czarny staw lśniący ciemnością, nad jego brzegiem krwiste róże nad którymi latały złote, nierealne motylki. Prawda czy wizja? Przedśmiertna halucynacja? Nie chciałeś już oglądać tych cholernych róż, czyż nie? Patrząc w mroczną wodę widziałeś odbicie swojej Ruzy, dziewczyna była otoczona płomieniami zupełnie jak wtedy... Wystarczyło tylko sięgnąć, tylko wyciągnąć do niej rękę, by do niej dołączyć, by znów z nią być. Czy tego właśnie chciałeś?
Jak tylko się obudziłem to pierwsze co zrobiłem to wydarcie się, wypuszczenie całego powietrza z ust w jednym potężnym i najdłuższym jaki byłem wstanie wydać okrzyku... Co za kurestwo ten świat i chujstwo o co w nim chodziło, ból otaczał me ciało od zewnątrz i wewnątrz. Chciałem móc złapać kolejny głęboki oddech, uspokoić się jak najszybciej by znów nie utracić pierdolonej przytomności, tym razem nie miałem ochoty na jej tracenie...

Czy Illiria na prawdę wiedziała co mnie tu czeka? Oczywiście że wiedziała, a jeśli będzie mi dane ją jeszcze spotkać, to będę musiał się odwzajemnić za zaprezentowanie mi tego jakże miłego miejsca... Normalnie mam ochotę jej teraz urwać łeb za to, otworzyła mi drzwi do objęć śmierć i to dosłownie, czułeś się wręcz ściskany przez nią z każdej strony. Nie, nie mogłem się uspokoić, jak ktoś kto wcale nie chce umierać ma się uspokoić w objęciach śmierci? Nie jestem wstanie się z tym pogodzić, nie zginę tutaj, nie zamierzam tu zginąć, uderzałem zaciśniętą piersią w klatę by pomóc ogarnąć memu sercu że to wcale nie jest dobry moment na zwalnianie, zamierzałem się łapać wszystkiego by nie zdechnąć w tej zapchlonej dziurze!


Mrocznie kolory kształtowały się przed moimi oczami w staw będący przeciwieństwem tego co widziałem u Rossphan, u niej było mleczne złoto, a tutaj? Płynna lśniąca czerń, krwiste czerwicowe róże które wsiąknęły krew całej mojej przeszłości, złote motyle niczym promyczki nadziei w tym całym pierdolniku. Czy to była prawda czy rzeczywistość, do czerwicy czy ta Ruza była tylko pięknym wspomnieniem jej śmierci czy, ona nie żyła z mojej winy... Ale czy mogłaby mi odpowiedzieć?
-Oj Ruzo... Powiedz mi.... czy ty wiedziałaś?-
Powiedziałem, jakby mogła mi odpowiedź, mimo że był to tylko złudny obraz, kłamstwo które nic mi nie powie, kolejne kłamstwo które ma mną zmanipulować... Lecz nic mnie bardziej nie przekona niż widmo śmierci gdy wciąż nie byłem na nią gotową, a przynajmniej nie tu i nie w taki sposób. Więc zacząłem mówić, chodź było to coraz cięższe, to nie zamierzałem tu zginąć, nawet jeśli musiałem ją błagać o życie, bo tego chyba w końcu chciała.
-Słowo...? Słow... A co... Chcesz usłyszeć o Pani!? Błaganie...? Królewno Rosphan... Proszę uratuj mnie od śmierci w tym... W tym zapomnianym przez życie miejscu... Błagam... Bo to nie jest jeszcze... Mój czas...-
Krzyczałeś, ale żaden dźwięk się nie wydobywał z twoich ust. Łapałeś powietrze w płuca, ale to co do nich wciągałeś, to nie był tlen, to był jednocześnie płynny ogień i lód rozrywający je od środka. Cholerna Illiria, z pewnością wiedziała, co tu się stanie. Świadomie cię tu wpuściła, bez żadnego zawahania. Próbowałeś wzbudzić swoje serce uderzając się w klatkę piersiową, ale nie miałeś na tyle siły. Jedynie puknąłeś się delikatnie w mostek czując jak coś cię ciągnie. W dół? W górę? W bok? Nie miałeś pojęcia, nie wiedziałeś gdzie jest jaka strona. Czyżby właśnie twoja dusza była ciągnięta do piekła za to, co uczyniłeś za życia? Czyżby nadszedł czas zapłaty? Ale dlaczego byś miał wtedy widzieć Ruzę? Przecież... Przecież ona nie trafiła do piekła, na pewno nie!

Nie uzyskałeś odpowiedzi od... żadnej z dwóch czarnowłosych kobiet. Jedynie cisza i ból, to właśnie ci zostawało. Czy naprawdę aż tak bardzo chciałeś żyć, czy naprawdę gotów byłeś błagać tę cholerną wiedźmę? Ale gdzieś wewnątrz wiedziałeś, że to nie błagania chciała, o nie. Chciała czegoś innego, twojego skarbu oddanego z własnej, nieprzymuszonej woli. Mogłeś udawać, że tego nie wiesz, ale prawda była taka, że czułeś coś sięgające w stronę twoich oczu. Ciemność delikatnie muskającą cię po twarzy. Czy byłeś gotów na to poświęcenie? A może ratunku należałoby szukać w tej dziwnej substancji otaczającej cię? Miałeś mało czasu na podjęcie decyzji, czułeś coś dziwnego. Lekkie ukłucia na całym ciele, coś wdzierającego się przez nie do środka.
Chciała bym oddał z własnej nieprzymuszonej woli swe oko we chwili śmierci? Tak? W momencie gdy kurwa byłem tonącym łapiącym się brzytwy by tylko utrzymać się na powierzchni świadomości i życia... Byłem gotowy sięgnąć w ciemność by ta mnie uratowała, chciałem to zrobić, czy nawet poddać się ten Rosphan byle by nie skonać w tej ciemnej dupie torturującą mnie wizjami Ruzy... Panikowałem kurwa, wciąż jestem tylko człowiekiem którym steruję podstawowy instynkt przetrwania, gdyż innego celu na tym świecie kurwa nie miałem.

Czy może powinienem poczekać? W końcu coś mnie ciągnęła... Gdzieś, coś się wdzierało, czy bezczynność była więc odpowiedzią? Nie, nie do cholery bezczynność prowadziła do tego co inni chcieli, nie ja sam. Musiałem działać, musiałeś złapać się śmierci i się od niej odbić, skorzystać z czyjejkolwiek pomocy w jakikolwiek sposób, spróbować coś złapać, spróbować gdzieś się ruszyć, kurwa nie wiem przecież nawet nie byłem wstanie się ruszyć a tym bardziej już nic powiedzieć. Ta dziura nawet nie dawała mi możliwości walki o przetrwanie, robiła ze mną co chciała a ja nic nie mogłem do czerwicy! Przyrzekam na Rosphan, Boga czy cokolwiek rządzi tym światem, uduszę tą cerankę jak tylko ją spotkam! Choć wątpię by było mi dane ją spotkać skoro wpadłem już w obieg bezczynności... Nie miałem siły by nawet sam siebie uderzyć, to tym bardziej nie rozumiałem jak miałem oddać swe oko Panience Rosphan... Ani co w ogóle mogłem zrobić, jaką decyzję mogłem podjąć skoro jakieś niewidzialne w tej czerni siły zaczęły się mną bawić jak szmacianą lalką, powodując nawet że widzę coś czego już od dawna nie ma... Co mogłem zrobić by przeżyć to zrobię, potem będę martwił się konsekwencjami które na pewno nie mogą być gorsze niż śmierć w tym zasranym miejscu.
Byłeś gotów na wiele, by przeżyć, ale niestety (a może i dobrze?) nie na poświęcenie jednego ze swych cennych oczu. Były one w końcu skarbami twojej martwej ukochanej. Sięgnąłeś zatem gdzieś indziej, szukając pomocy w tym, co cię teraz zabijało. W gęstej, lepkiej, przytłaczającej cię ciemności. Poczułeś jak, gdy tylko spróbowałeś ją przywołać, ona ochoczo wlała się w twoje ciało rozrywając je na strzępy. Czułeś ogromny ból, nieporównywalny do niczego innego, jakby coś łamało ci kości, mieliło je na proch. Nawet z twoją odpornością na ból było to nie do zniesienia. Ale nie opierałeś się, bowiem im większe cierpienie było ci zadawane, tym o dziwo łatwiej ci się oddychało. Byłeś w stanie ruszać z pełną sprawnością kończynami a twoje serce jakby przypomniało sobie o swoim zadaniu przyspieszając coraz bardziej i bardziej. Przy okazji dziwny nurt zaczął ciągnąć cię coraz mocniej w jednym kierunku, czułeś, jak gdybyś został porwany przez rwącą górską rzekę. Ta jednak zamiast cię topić, zdawała się zlewać z tobą.