Nekron

Pełna wersja: Dziupla
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2
[OPIS LOKACJI]

[BURJAN]

Obudziłeś się, mimo iż myślałeś, że nie będzie ci to już dane. Dookoła siebie nie widziałeś kompletnie nic, jedynie wszechobecną ciemność. A może tak właśnie wyglądała śmierć? Może nareszcie twoje marne życie się zakończyło i wreszcie spotkasz swoję Ruzę? Tylko co miałbyś teraz robić? I czy umarli czują ból? Bo ty zdecydowanie czułeś. Promieniujący ból od otrzymanych ran i nie do końca jeszcze sprawne ciało. Nawet gdybys chciał sie poruszyć, nie byłbyś jeszcze w stanie.

Czułeś, że leżysz na brzuchu w dość niewygodnej pozycji a w twój lewy policzek wbijają się kamienie. W oddali dało się słychać powolne kapanie i pluski wody a temperatura powietrza była dość niska, niezbyt przyjemna nawet dla ciebie. Wkrótce jednak okazało się, że nie jesteś sam, w miarę jak wracało ci powoli czucie, orientowałeś się, że twoje ręce są związane za plecami a oczy zasłonięte przepaską na tyle grubą, by nie przepuszczać żadnego światła. To albo znajdowaliście się w kompletnej ciemności. Znajdowaliscie, bo słyszałeś cichutkie kroki zblizające się w twoim kierunku. Ktoś lub coś przycupnęło obok twojej twarszy i dotknęło chłodną chyba dłonią twojego czoła odgarniając z niego włosy.

- Obudziłeś się już wreszcie? - zapytał dziewczęcy głosik tuż przy twoim uchu. Twój prawy policzek został musnięty przez jakiś dłuzszy kosmyk włosów a ty poczułeś słodki, kwiatowy zapach rozchodzący się w powietrzu. Wraz z nim jakby otrzezwiałeś. Gdzie u cholery byłeś? Co się stało z tamtymi zabójcami? I z tobą samym? Byłeś w jakimś chyba nieznanym ci miejscu związany z zasłoniętymi oczyma. Kto ci to zrobił i po co? Czyżby ta dziewczyna też została wynajęta?
Umrzeć i dołączyć do Ruzy? Wolne żarty, uczono mnie że w śmierci była selekcja, trzeba było zasłużyć na życie pośmiertne, moja Ruza stała by się najpiękniejszym aniołem, natomiast ja za to co zrobiłem zostałbym spętany i wrzucony w najciemniejsze zakamarki zaświatów by zgnić... Nawet by pasowało, gdyby nie to że wciąż czułem odchodzący paraliż, a wraz z nim narastający ból po wbitym sztylecie w prawe ramię co w połączeniu ze wyczerpanym po długiej walce ciele by oznaczało że wciąż do czerwicy żyje. Pewnie skurwiele chcieli się mnie przesłuchać, torturować za te 'kilka' morderstw, albo zaimponowałem im tak że postanowili sfałszować moją śmierć i zastąpić mną w tym ich zakonie człowieka którego zabiłem, tyle że tym razem jako zapłatę dostałbym własne życie a nie własny majątek... Z czego oczywiście bym chętnie skorzystał tylko po to by zdradzić tego kto postanowił mnie oszczędzić przy pierwszej lepszej okazji.

Ale wyglądało na to że i tu się myliłem, wiążąc mnie, ktoś postanowił zostawić wolne nogi i na dodatek położono mnie na jakichś kamieniach, które we swym nieprzyjemnym dotyku nie przypominały popękanej posadzki lochów, a raczej zwykłą wilgotną grotę. Póki co zamierzałem ignorować promieniujący ból z ran poturbowanego ciała czy obolałych kości, inne rzeczy mi chodziły teraz po głowię a swoimi ranami będę mógł się zająć gdy się uwolnię i gdy będę pewien że wciąż widzę na oboje mych oczu.

Nim zorientowałem się że nie jestem sam, wydałem z siebie senny półprzytomny pomruk, wiedząc że ktoś się zbliża jeśli mogłem to przewróciłem się z bólem na plecy przez lewą część ciała. Milczałem gdy ten ktoś nade mną przycupnął i wzdrygnąłem się lekko gdy dotknęło mojego czoła swą zimną dłonią, nie lubiłem dotyku innych, zawsze był on nieprzyjemnie chłodny... Czy to z faktu że oni wszyscy byli zimnymi skurwielami czy z faktu że mnie coś w środku grzało odkąd pamiętam bardziej niż innych.

Moje jednak zainteresowanie dotykiem szybko minęło gdy usłyszałem kobiecy głos i poczułem ostry zapach kwiatów w moich nozdrzach, nieprzyjemnie rozbudzający, tak bardzo że natychmiast obróciłem twarz w drugą stronę zniesmaczony dotykiem oraz zapachem... Wszystko to 'wyglądało' zbyt ładnie, brzmiało i pachniało... Zamiast odpowiedzieć bezpośrednio na pytanie powiedziałem tylko jedno słowo suchym głosem w nadziei że moje mniej, bądź bardziej żywe ciało nie znalazło się u jakiejś wiedźmy.
-Wody...-
- A proszę to co, tenubr zżarł? - zapytał podirytowany głosik pomagając ci przewrócić się na plecy. Potem zostałeś złapany od przodu w pasie przez dziewczynę, musiała cię praktycznie przytulić by z trudem i cichym sapnięciem podźwignąć cię do pozycji siedzącej. Zostałeś oparty o jakąś szorstką ścianę. Nieznajoma trzymała twoją głowę prosto z palcami wplecionymi we włosy przykładając ci kubek do ust i powoli przechylając. Po jej pewnym chwycie łatwo mogłeś się domyślić, że nie chodziło o twoją wygodę a raczej o upewnienie się, że nie będziesz w stanie za bardzo się ruszyć. Napojem, który ci podano nie była woda, ale coś ziołowego i słodkiego, chciało ci się jednak za bardzo pić, żeby to kwestionować.

Siedząc tak i powoli pijąc z kubka powoli czułeś, jak wraca ci władza w kończynach. Byłeś już w stanie powoli się poruszać, jednak gdy spróbowałeś to zrobić. po twoim prawym ramieniu zaczęła płynąć krew, rana po sztylecie, który najwyraźniej ktoś nierozsądnie z ciebie wyjął wciąż była świeża i otwarta.

- Ojejku, źle to wygląda. Poczekaj tu chwilę, dobrze? Nie ruszaj się, zaraz wrócę - powiedziała dziewczyna pochylając się nad twoim rannym ramieniem. Całkiem łatwo było ci śledzić jej pozycję z uwagi na roztaczający się wokół niej kwiatowy zapach przypominający ci ten dzikich róż. nieznajoma szybko poderwała się na nogi i gdzieś pobiegła, usłyszałeś otwierające się drzwi a wraz z nimi do twoich uszu zaczął docierać cichutki szum połączony ze śpiewem i ćwierkaniem ptaków. Dźwięki otoczenia tworzyły przyjemną harmonię, która jednak wcale cię nie zachwycała, brakowało ci tej artystycznej wrażliwości na piękno świata. Zresztą... W twoich oczach świat na pewno pięknym nie był, nie od siedmiu lat na pewno.

Ale z drugiej strony została ci dana szansa. Byłeś sam i odzyskałeś już prawie całkowicie władzę w swoich członkach, mógłbyś to wykorzystać... Chociaż z drugiej strony jakiekolwiek działanie mogłoby pogorszyć twój stan, twoja rana i tak krwawiła, poza tym byłeś dość wyczerpany. Jednak w twoich oślepionych teraz oczach zdawanie się na czyjąś łaskę i niełaskę na pewno nie było dobrym pomysłem. Kto wie po co ta kwiatowa wiedźma polazła i co chciała z tobą zrobić? Lepiej byłoby chyba przejąć inicjatywę? I może znaleźć resztę swoich gratów, bo czułeś, że masz na sobie jedynie ubranie i buty, nawet twój płaszcz został zabrany.
Wszystko nagle stało się jasne, no może nie tak do końca ale byłem już pewny jednego. Nie miałem do czynienia ze kimkolwiek z tamtej siódemki, prawdopodobnie z kimś nigdy nie widziałem na oczy, jej głos brzmiał dla mnie kompletnie, obco, jej zachowania i aura zapachów jakie roztaczała dookoła tylko mnie w tym utwierdzały. Z jednej strony pachniała jak wyperfumowana szlachcianka czy jakaś inna ważna osobistość, z drugiej strony osobiście się męczyła by postawić mnie w pozycji siedzącej i poić. Silna, niezależna, o drobnym głosie, wy pachniała kwiatami i prawdopodobnie piękna panienka... Tia, zdecydowanie wiedźmia z lasu bądź coś w tym rodzaju, ze swoich tajemniczych powodów i za pomocą dziwnych zdolności uratowała mnie od śmierci, chyba wolałbym już sczeznąć zapomniany w błocie.


W swoich przekonaniach upewniłem się tylko bardziej gdy poczułem smak tego co mi podano, słodkie o mocnym smaku ziół, idealny napitek do nieprzyjemnych dodatków, by smak zabił wszelkie podejrzenia. Nie zamierzałem jednak protestować, pragnienie najpewniej by wygrało, a poza tym byłem pewien że nie było tam żadnej trucizny, gdyby chciano mnie otruć bądź zwyczajnie w świecie zabić, stało by to się już dawno temu... Jednakże zioła były mocne, dobrze też maskowały cokolwiek poza słodkim smakiem, możliwe więc że podano mi coś na uspokojenie, osłabienie lub zwyczajne spowolnienie, najpewniej po prostu by się ubezpieczyć przed wszelkimi moimi wybrykami.

Nawet nie syknąłem gdy z rany ze której powinno coś wystawać zaczęła spływać krew, wręcz przeciwnie, zaśmiałem się wypuszczając powietrze nosem gdy wiedźma zaczęła oglądać moją ranę i przejmować się moim staniem bardziej niż ja sam. Samemu w myślał bardziej zainteresowany byłem tym co właśnie wypiłem będąc wytrącony z tego zamyślenia gdy usłyszałem ależ słodkie 'ojejku', równie słodkie co roztaczający się wszędzie zapach dzikich róż... Czy wszystko ostatecznie musi prowadzić do tych pierdolonych róż? Symbol piękna które może skrzywdzić swymi cierniami, nienawidziłem ich choć nosiłem przy sobie miecz rodowy zabrany samemu Marterze.

A właśnie, wracając do moich rzeczy, ciekawe czy były gdzieś w pobliżu, w tym samym pomieszczeniu co ja czy zabrane gdzie indziej? Wszystkie moje rozmyślania się rozwiały gdy zorientowałem się wiedźma odchodzi, mówiła chyba coś że wróci, wyszła drzwiami, są tu drzwi i to chyba otwarte skoro zacząłem nagle słyszeć odległe szumy i śpiewy ptaków. Próbując jednocześnie sprawdzić moje więzy na rękach, spróbować je poluźnić bądź nawet niewidocznie rozwiązać nie zmieniając swej pozycji wsłuchałem się w ćwierkanie ptaszyn. Nie interesowało mnie ich 'piękno' czy po prostu słuchanie z nudów, chciałem rozpoznać ich brzmienie i porównać do tego co słyszałem prawie z każdym porankiem, jak na polowaniu rozróżnić śpiew samca mirki od zawodów dzibika... Lecz z jakiegoś powodu nie byłem wstanie rozpoznać żadnego z tych ćwierkań, nic co by przypominało śpiewy pospolitów ptaków Południowych Księstw.
Ku twemu zdziwieniu, nie odczułeś żadnych skutków, pozytywnych czy negatywnych od wypicia ziołowego napoju, przynajmniej nie przez pierwsze kilka minut. Zobaczy się, co będzie później. Jedynie twoje pragnienie zostało częściowo zaspokojone. Nawodniwszy organizm poczułeś się nieco lepiej, ustała nieprzyjemna suchość w gardle. Przydałoby się jeszcze coś do jedzenia, ale... Nie byłeś jeszcze pewien, na ile możesz sobie pozwolić z tajemniczą nieznajomą wiedźmą. I jeszcze te róże, te cholerne róże. Wolałbyś, żeby nie przypominano ci o nich.

Testując swoje więzy poczułeś mimowolnie szacunek do osoby, która je wiązała. Były mocne, gdy próbowałeś je poluźnić te tylko zacisnęły się bardziej. Solidny sznur nie chciał puścić, bez czegoś ostrego raczej się nie uwolnisz. Wsłuchałeś się zatem w dobiegające z zewnątrz odgłosy, trele nieznanych ci ptaków i odgłosy krzątania się po domu czy czymkolwiek, w czym teraz się znajdywaliście, ktoś wchodził na górę i później zszedł z powrotem. Kroki zbliżały się w twoją stronę i gdy drzwi ponownie trzasnęły wiedziałeś, że wiedźma wróciła. Coś odłożyła na ziemię z dala od ciebie i znowu wyszła. Wróciła po jakiejś minucie i tym razem zamykając drzwi, przekręciła jeszcze klucz w nich, słyszałeś dokładnie kliknięcie zamka.

- Słuchaj, muszę to zszyć. Wytrzymasz, czy mam ci dać coś na znieczulenie? - zapytała kucając przy tobie i przemywając mokrą szmatką twoją ranę. Chwilę później polała ją jeszcze jakimś alkoholem, poznałeś po zapachu, co zaszczypało nieprzyjemnie. Nawykłeś jednak do bólu, więc nawet nie drgnąłeś gdy nieznajoma odkażała twoją ranę.

- A tak swoją drogą... Jak cię zwą? I co ci się stało? - zagaiła ponownie, przykładając chłodną dłoń do twojego czoła i wzdychając cicho. Usłyszałeś chlupot wody i po chwili na twoim czole znalazła się mokra, wyciśnięta szmatka. Dziewczyna lekko popchnęła twoją głowę do tyłu, żeby okład nie spadał ci z czoła. Chyba myślała, że masz gorączkę nie wiedząc, że podwyższona temperatura była dla ciebie normą.
Nie wszystkie substancje działają natychmiastowo, czasem na efekt trzeba czekać godzinami, a czasem można go nawet nie spostrzec nie wiedząc czym jest... Pod tym względem pozostało mi czekać obstawiając najgorsze i ciesząc się każdym 'lepszym' efektem. Temu też nie zawiodłem się gdy więzy którymi mnie skrępowano nie okazały się zwykłą amatorką, i też się lekko uśmiechnąłem gdy okazało się że nie zostałem wrzucony do byle ciemnej dziury w ziemi lecz zaniesiony do jakiejś bardziej zaawansowanej konstrukcji, z drzwiami, piętrami, być może do jakiegoś domu.

Chciałbym, żeby to miejsce okazało się jakąś posiadłością, małą rezydencją w której ktoś kolekcjonuje w klatkach zagraniczne gatunki ptaków, co by mogło tłumaczyć nieznajomość żadnego z tych ćwierkań. Wtedy wszystko stałoby się łatwiejsze do zrozumienia, a biorąc pod uwagę świeżość ran i zanikający dopiero paraliż, musiało minąć niewiele czasu, a to oznacza że powinienem być wciąż pobliżu miejsca gdzie mnie zaatakowano... Coś tu jednak nie pasowało, jakim cudem wciąż żyłem? Praktycznie mieli już moją głowę, głowę za którą dostaną swą nagrodę oraz zemstę za to że zabiłem jednego z nich, oszczędzenie mnie nie miałoby większego sensu. Chyba że ona mnie uratowała? Może niekoniecznie sama? Wiem w końcu że byłem w jakimś większym budynku, być może piwnicy. Równie dobrze ktoś inny też mógł tu być, lecz jeśli ona mnie uratowało to czemu by miała udawać że nie wie co się stało? Tym dłużej nad tym myślałem, tym mniej to wszystko trzymało się kupy, czy to jakaś sztuczka? Próba zmanipulowania mnie? Zabawa? Zemsta? Tworząc w głowie coraz bardziej skomplikowaną i niemającą sensu mapę myśli zacząłem stukać paznokciami lewej dłoni o chropowatą ścianę, nagle przestając gdy słyszałem schodzącą do mnie panienkę, schodzącą po schodach, a może drabinie?

Przyszła coś zostawić, pytanie czy były to narzędzia tortur, manipulacji, odurzenia, a może leki i bandaże? Chciała mnie poskładać do kupy, czułem jak moje krew płynęła po mojej ręce zatrzymując się najpewniej na linie którą związane me ręce, w końcu po co komu wykrwawiający się człowiek w piwnicy... Jednakże nie byłem pewien co do jej dalszych planów, z jakiegoś powodu zamknęła za sobą drzwi na klucz, gdy się obudziłem te nie były zamknięte w ten sposób. Prawda że teraz nie miała do czynienia ze nieprzytomną osobą, lecz wciąż ranną, spętaną i pozbawioną wszystkie prócz ubrań, osoby której jakby się obawiała to by się z nią nie zamykała. Chyba że to z drugiej strony tych drzwi ktoś był? Albo miała zamiar mi podarować nieco wolności?

Doprawdy muszę przyznać że raną zajmowała się dość... Profesjonalnie można rzec, nie marnowała nawet alkoholu gdy większości ludzi szkoda byłoby marnować nawet najgorszego trunku na obcego. Można rzec że nawet nie poczułem tego bólu będąc skupiony na analizowanie dosłownie każdego jej ruchu, próbowałem zrozumieć kim mogła faktycznie być jeśli nie było wiedźmą, a póki co właśnie na nią wszystko wskazywało... Lecz głos i sposób mówienia nie brzmiał jak ktoś kto by miał być nazywany wiedźmą, ale te też były nieprzewidywalnymi wariatkami które same kształtowały swój los.

-Nie ma co marnować znieczulenia... I dobrego alkoholu...-
Znieczulenie i alkohol, jedno oraz drugie powinny być w mojej torbie, jedno i drugie nierozłącznymi kompanami w podróżach. Znieczulenie było można na różne sposoby wykorzystać, nie tylko przy uśmierzeniu bólu, a alkohol był bazą większości płynnych produktów alchemicznych którego jakość najlepiej się testowało zmysłem smaku.

-Sam bym chciał wiedzieć... Zazwyczaj zwą mnie chłopczem, obcym, podróżnikiem, pustelnikiem czy skurczysynem, możesz sobie wybrać. Ostatnie co pamiętam to sztylet wbijany w moje oko, ale biorąc pod uwagę że wciąż jestem wstanie mówić to chyba nie zostałem ślepcem na jedno oko, zgaduje że dzięki tobie?-
Wciąż nie miałem pomysłu kimże mogła być ta kobieta, jakaś zielarka czy lekarka? Raczej rzadki zawód wybierany przez kobiety które zazwyczaj nawet nie mają prawa by sobie takowy wybrać, tak więc pozostawałem przy wiedźmie, a o wiedźmach uczono mnie tego żeby nigdy nie podawać im swojego imienia... O ile dobrze, że nawet go nie znałem, lecz swe nazwisko rodowe traktowałem praktycznie jak me imię więc...
O tym, co nieznajoma zostawiła na podłodze dane ci było dość szybko się przekonać. Gdy tylko potwierdziłeś, że żadnego znieczulenia nie potrzebujesz, ta przystąpiła do pracy. Usiadła właściwie tyłem do ciebie, przypierając swoim ramieniem twój prawy bok tak, żebyś się jej nie wyrywał. Odkaziwszy ponownie ranę, przetarła ją suchym, delikatnym materiałem i wnet poczułeś ukłucie igły wbijanej w twoją skórę.

- Nie przesadzaj, nie zbiednieję od takiej ilości alkoholu ani lekarstw - prychnęła zakładając pierwszy szew na ranie po sztylecie. Zakończyła go, ucięła nić - słyszałeś dźwięk przecinających coś nożyc i zabrała się za kolejny szew. Pracowała sprawnie i bez żadnych zbędnych ruchów czy pomyłek cały czas przyciskając cię prawym barkiem mocno do ściany. To też uświadomiło cię, jak duża była różnica w waszym wzroście, jej ramię było na wysokości twojego mostka. W połowie drogi wyprostowała gwałtownie głowę strzelając głośno karkiem co spowodowało, że twoja twarz została zatopiona ponownie w kwiatowym zapachu dzikich róż a loki musnęły twoją brodę i policzek. Dziewczyna zdawszy sobie sprawę z tego nietaktu szybko machnęła głową zarzucając włosy z drugie ramię.

- Chłopcem? Jeśli mam być szczera to nawet pasuje. Jednakże pytałam o twoje miano, imię, jeżeli takowe posiadasz, chłopcze - skomentowała twój wywód nieznajoma wracając do zakładania kolejnych szwów, po czym po chwili, jakby dopiero wtedy sobie o tym przypomniała, dodała
- Jak ostatnio sprawdzałam, miałeś dwoje oczu. Ich sprawności jednakowoż nie dane mi było ocenić. Dobra, skończone - powiedziała i klasnąwszy w ręce, wyprostowała się. Odeszła na chwilę, chyba po maść, bo po chwili zaczęła rozsmarowywać coś przyjemnie chłodnego, łagodzącego ból na zaszytej ranie.

- Czyli ktoś chciał cię zabić? Czym takim mu się naraziłeś? - zapytała zaciekawiona kończąc nakładanie maści. Odłożyła chyba szklany słoiczek na ziemię i schyliła się po coś innego usadawiając się tym razem przodem do twojego prawego boku, bokiem do ściany. Tak przynajmniej wnioskowałeś po odgłosach i ułożeniu jej rąk na swoim ramieniu. Popchnęła cię delikatnie, ale pewnie jedną dłonią w plecy zmuszając do przekręcenia się lekko w twoje lewo, następnie zaczęła bandażować ranę. Profesjonalna i kompleksowa opieka medyczna. Byłeś naprawdę ciekaw, z kim masz tę przyjemność (bądź nieprzyjemność), w końcu kobieta-medyk to było naprawdę niespotykane zjawisko.

Zakończywszy pracę, nieznajoma wzięła z podłogi swoje przybory i odstawiła je gdzieś na drugim końcu pomieszczenia. Potem wróciła do ciebie i, chyba, przyklękając przed tobą, pochyliła się nieco naprzód opierając dłonie na twoich barkach.
- Słuchaj, teraz zdejmę ci tę przepaskę z oczu, jeśli nie będziesz kombinować, to cię też rozwiążę, dobrze? Mam nadzieję, że rozumiesz te środki ostrożności. Nie codziennie znajduje się w końcu rannego, uzbrojonego po zęby człowieka w swoim domu.
Gdy wyprostowała gwałtownie głowę, a parę sekund później znów nią machając przerzucając włosy na drugie ramie, wcale nie spowodowała że mniej intensywnie czułem te dzikie róże w powietrzu... Zaczynałem mieć wrażenie że wylała na siebie całą fiolkę perfum, lub że ta kobieta wplotła sobie kwiat dzikiej róży na każdy możliwy kosmyk włosów. Ten kwiatowy zapach był tak ostry że mój nos wciąż się nie mógł do tego przyzwyczaić. A w końcu cały ten natłok uderzającego mnie zapachu dzikich róż w końcu nie mogłem się w końcu powstrzymać i kichnąłem głośno, przechylając się gwałtownie do przodu, a potem do tyłu uderzając plecami o ścianę... Możliwe też że zrzuciłem z siebie czystym przypadkiem szmatkę z mojego czoła, oraz być może przeszkodziłem w zszywaniu mojego ciała.

-Nie posiadam, więc możemy pozostać przy jakże pasującym 'chłopczem'.-
Odpowiedziałem prawie natychmiast po tym jak mój nos trochę się przyzwyczaił do uciążliwej woni. Skrępowany, zszywany przez obcą prawdopodobnie wiedźmę i jeszcze te ostre zapachy, ciężko było mi się skupić, ujednolicić moje myśli w których już sam się gubiłem. Póki co mnie nawet nie interesował jej wzrost czy wygląd, a informacje o moich oczach oraz zakończonej 'operacji' pokwitowałem mruknięciem.

Przemilczałem pytanie o to czy ktoś chciał mnie zabić czy że się komuś naraziłem, bez noża przy gardle nie czułem się zobowiązany do śpiewania wszystkiego, tym bardziej że wciąż nie wiedziałem kto pytał. Wiedziałem tylko że zna się bardzo dobrze na ranach i zajmowaniu się nimi, oraz że jakimś cudem znalazłem się w jej domu... O tyle dobrze, że to dom kogoś kto nie postanowił odkazić rany ogniem, lecz alkoholem za co byłem w głębi niezwykle wdzięczny... Wdzięczny losu, nie jej.

-Nie codziennie też człowiek budzi się ranny w jakiejś piwnicy, związany, ze zasłoniętymi oczyma i opatrywany przez obcą Panienkę z różaną aurą, która postanowiła się zamknąć ze mną klucz. Mam nadzieje, że rozumiesz moją nieufność.-
Pod opaską miałem zamknięte oczy, gdyby w końcu mi ją zdjęto, zamierzałem dopiero po chwili powoli otworzyć oczy patrząc przed siebie by móc szybko zorientować gdzie tak właściwie jestem, a następnie kierując ten wzrok na różaną Panienkę.
"Kwiatowa panienka" przeniosła dłonie z twoich ramion na tył głowy rozwiązując szybkim ruchem opaskę, która ograniczała ci wizję. Od razu zdjęła ją z twojej twarzy i zmięła w dłoni. Pierwszym co ujrzałeś otworzywszy oczy, była jej twarz. A właściwie na wpół dziecinna jeszcze buzia z małymi, bladymi jak i cała jej skóra ustami, perkatym noskiem i dużymi oczami w kolorze świeżej krwi wpatrującymi się w ciebie uważnie. Jej nos i policzki zdobiły pojedyncze piegi a czoło przysłaniała prosta grzywka. Dookoła tego kłębiła się burza długich, białych loków przechodzących na końcach w jasny róż. Na czubku jej głowy ujrzałeś winowajcę swojego kichania - wianek z czerwonych, rozłożystych róż. Ubrana była w białą, zwiewną sukienkę na cieniutkich ramiączkach zdobioną drobnymi, czerwonymi, różanymi wzorami. Ubranie złapane było pod biustem również czerwoną wstążką zawiązaną na kokardę za plecami, jak miałeś się później przekonać.

Nieznajoma po rozwiązaniu opaski szybko odsunęła swoją twarz od twojej, siadając przed tobą na piętach, co dało ci możliwość rozejrzenia się po wnętrzu. Pomieszczenie nie miało żadnych okien a jedynym źródłem światła był biały kamień wielkości mniej więcej oka zawieszony na srebrnym łańcuszku na szyi nieznajomej. Po swojej lewej ujrzałeś zamknięte drzwi z prowadzącymi do nich trzema schodkami, naprzeciwko ciebie pod ścianą był regał z różnymi słoiczkami na nim. Pomieszczenie miało okrągły kształt a jego podłoga wyłożona była nierównymi, kamiennymi płytami z jedną kwadratową przerwą we wzorze po twojej lewej. Tam bowiem znajdywała się drewniana klapa wzmocniona metalowym okuciem i zamknięta w tej chwili na solidną kłódkę. Czyli nie znajdywałeś się jeszcze na samym dnie tej dziury. Ściany wykonane były z chropowatego drewna, nie desek ani bali, lecz czegoś dziwnego, nie widziałeś między nimi łączeń.

- Panienka z różaną aurą? Tak to jeszcze mnie nie zwali - zaśmiała się głośno dziewczyna głośno, przechyliła głowę i spojrzała ci prosto w oczy. Zauważyłeś, że była bardzo niska a jej wzrok wyjątkowo nieadekwatny do prezencji, drapieżny. Dopiero po chwili zdałeś sobie sprawę, że zza jej gęstych loków i kwiecistego wianka wyłaniają się czubki.. rogów? Ciemnoszarych, wyrastających z boku głowy i zakręconych do góry rogów. Demon jakiś czy ki chuj? Rogata panna podeszła do regału i zdjęła z niego jakiś szklany słoik z ciemnoczerwoną zawartością, potem sięgnęła po niewielki, zamykany koszyk, który leżał pod ścianą po twojej prawej i wyjęła z niego niewielki nóż siadając na piętach przed tobą.
Rany opatrzone, może jak w końcu zdejmie mi tą opaskę to ta dziewoja nie będzie już mną cały czas szturchać, popychać, ustawiać czy opierać się o mnie. Nie tylko tyle że nie przepadałem za dotykiem innych, na jej dotyk 'pozwalałem' bez protestowania tylko ze względu na moją pozycje, stan oraz to co te dłonie robiły, to jeszcze powoli zaczynałem się czuć jak jakiś manekin...


... I w końcu to się stało, dane było mi odzyskać wzrok. Po paru sekunda gdy zapewne się już odsunęła mogłem ją zobaczyć. Młode dziewczę, na której wygląd prychnąłem lekko nozdrzami i bez żadnych głębszych przemyśleń skomentowałem pod nosem kilkoma słowami które zabrzmiały jak myślenie na głos, które chyba powinny być samymi myślami.
-A jednak wiedźma... Przynajmniej jedna z tych ładniejszych.-

Moje przemyślenia były jednak trafne. Wiedźma o nienaturalnych, magicznych wręcz oczach i kolorze włosów jak z bajek. Mieszkająca zapewne w jakimś lesie, nosząca zwiewne suknie, przyozdobiona kwiatami polnymi i kośćmi które tym razem były tylko zwierzęcymi rogami. Pytanie jednak czy parała się magią jak to pisano w opowiadaniach i głoszono przez wystraszonych chłopów, czy może to ta mityczna część bajek za którą stała tak naprawdę wiedza alchemiczna i zdolności które opanował mało jaki mąż, a tym bardziej kobieta.

Też się nie pomyliłem co do miejsca, jakaś piwniczka w której trzymano słoje z nie wiadomo czym. Jakby to była posiadłość jakiejś arystokracji bądź bogatego handlarza to bym uznał że są to dżemy czy marmolady, które zazwyczaj były trzymane w takich miejscach. W dodatku była też klapa w podłodze, może jakiś składzik na rzeczy które lepiej się trzyma w ciemniejszy miejscach pod ziemią... Niestety normalność tego miejsca kończyła się gdy dłużej przyjrzałem się tej klapie oraz dziwnie jednolitym ścianom. Klapa która jeśli służyła do przetrzymywania konkretnych rzeczy w określonych warunkach, nie była by wzmocniona metalowym okuciem i zamknięta na kłódkę. Czyli bezpieczniej było założyć że jest to dziura, do której być może zostanę wrzucony prędzej czy później... Być może...

Spojrzałem znów na wiedźmę, możliwie unikając jej spojrzenia. Wciąż czułem dziką różę, a widziałem przecież wianek ze zwykłych czerwonych róż. Był to chyba dobry moment by sprawdzić, czy to pachnidła czy magiczna wiedźma aura w której autentyczność ciężko będzie mi uwierzyć. Magia i wiedźmi w moich oczach zawsze były jedynie częścią bajek i opowiadań, oraz straszydłem dla chłopów.
-Ładny różany wianek, ale cały czas czuję dzikie róże, perfumy?-
Po chwili dopiero sobie uświadomiłem, że biorąc pod uwagę moją sytuację wybrałem jedno z mniej logicznych pytań jakie mogłem zadać po zdjęciu opaski z oczu. Już lepiej było mi zapytać gdzie jestem, co zamierza mi zrobić, jakiego zwierzęcia to rogi, czy czym jest dziwnie świecący kamień na zawieszony na srebrnym łańcuszku... Ale nie, zwróciłem uwagę na najzwyczajniejszy wianek i zapytałem się o perfumy, czemu to zrobiłem? Ach no tak... Róże, pierdolone róże, jestem chyba jedynym człowiekiem na Ziemi, który tak bardzo na nie zwraca uwagę z wewnętrznym obrzydzeniem jak i zafascynowaniem.

Oczywiście też wiedźma jak to wiedźma, tajemnicza w swym wyglądzie jak i zamiarach. Wzięła jeden słoik wypełniony ciemnoczerwoną zawartością o której pewnie zaraz się przekonam, no i mały nóż jak do smarowania chleba czy krojenia jedzenia na talerzu. Nawet jeśli miałem w zwyczaju zakładać zawsze najgorsze, to wiem że nie chce mojej krwi. Jeśli by chciała, to by nie męczyła się zszywaniem, odkażaniem rany jak i moim ogólnym stanem. Nie wyglądało na to żeby chciała mnie fizycznie zranić... Lecz czego chciała? I co jeśli się mylę, zajęła się ranami tylko dlatego że jest sadystką która będzie chciała się zadowolić moim torturowaniem jak najdłużej, jeśli tak to niestety dużo zacieszu ze mną nie będzie miała.
- Coraz ciekawsze określenia na mnie wynajdujesz... Chłopcze. Mów mi Illiria - odparła po chwili zamyślenia. Wyjęła z koszyka sporą pajdę chleba i zaczęła ją smarować zawartością słoiczka. Czyli jednak dżem? Miałeś taką szczerą nadzieję. Pokrywszy szczodrze całą powierzchnię kromki czerwoną mazią przyłożyła ci ją do ust.

- Jedz, chudy jesteś - powiedziała nieznoszącym sprzeciwu tonem. Jak na taką młodą dziewczynkę, strasznie ci "matkowała". Ugryzłszy kawałek poczułeś słodki, kwiatowy posmak. No tak, marmolada z dzikiej róży. Czego innego mógłbyś się spodziewać? Dziewczyna powoli karmiła cię chlebem jednocześnie lustrując twoją twarz krwistoczerwonym spojrzeniem. Gdy skończyłeś tę pajdę, zrobiła kolejną, którą również przystawiła ci do ust. Podczas wszystkich tych czynności wydawała się być dość zamyślona, jej oczy zdawały się patrzeć pusto w przestrzeń. Po chwili otrząsnęła się z tego letargu.

- Nie, nie perfumy... Słuchaj uważnie, jeśli chcesz, mogę wypuścić cię na zewnątrz nawet teraz, możesz też zostać do rana, ale musisz obiecać, że będziesz grzeczny. Nie kręci mnie trzymanie związanych w piwniczce ludzi ani przepychanie się. A wyglądasz na kogoś, kto potrafi być... problematyczny - powiedziała odkładając słoik z marmoladą na półkę a nóż, po oblizaniu go, chwyciła w dłoń, bawiąc się nim.

- To jak, zostajesz, czy wychodzisz?
Napojenie mnie słodkim ziołowym napitkiem, oczyszczanie rany alkoholem, zszycie i zabandażowanie jej, danie okładu na czoło w zapewne myśli że mam gorączkę, a teraz karmienie mnie chlebem posmarowanym marmoladą z dzikiej róży? A może jednak zdechłem... Wtedy by to tłumaczyło całą tą sytuację, wygląd i imię tej dziewczyny, czy jej zachowanie. A może wiedźma chciała mnie przekonać do siebie, jeśli tak, to nie szło jej źle, nie doznałem żadnego milszego traktowania przez kilka długich lat. Niezwykle miłego, aż za miłego, szczególnie gdy postanowiła mnie karmić, co jak co ale to już mogła sobie odpuścić. Jeśli nie obawia się że ugryzę ją w rękę, to mogła mnie rozwiązać i dać mi zjeść samemu.

Gdy ta mnie postanowiła lustrować wzrokiem przy powolnym karmieniu, ja zamknąłem swe oczy, niech se patrzy, ale nie w oczy będące znanymi jako zwierciadła duszy. Z moich pewnie wiele można było wyczytać, szczególnie jak bardzo zniszczony już przez ten świat jestem, wciąż trzymając się instynktowanie życia jak zwierzę. W przerwie między wpychaniem mi jednej a drugiej kanapeczki z marmoladą, powiedziałem do wiedźmy.
-Na prawdę miło z twej Illirio, ale uwierz że nie trzeba mnie karmić jak dziecka.-


Po chwili słysząc propozycję Illirii, z lekkim uśmiechem uniosłem głowę do tyłu z wciąż zamkniętymi oczyma, odpowiedziałem jej bez dłuższego zastanowienia, bo nie było nad czym się zastanawiać.
-Rozwiąż mnie, daj mi moje rzeczy, powiedz gdzie jestem i już mnie nie ma.-

Było tu miło, ale tak samo jak Illiria, było za miło. Słodkie jedzenie i picie przypominało mi tą godniejszą część mojego życia, wszechobecny zapach róż tak samo, przez to wszystko zbyt ciężko było mi się skupić na czymkolwiek prawdziwie ważnym. Także nie chciałem pozostawać na dłużej w jednym miejscu, w końcu w trakcie podróży zostałem wytropiony i zaatakowany, tym łatwiej będzie im bądź innej grupie to powtórzyć jak zostanę dłużej w jednym miejscu... A też nie chciałem być powodem nieproszonych gości w domu Illirii. Wiedźma czy nie, milsza dla mnie niż ktokolwiek przez kilka ostatnich lat i znacznie lepsza osoba niż jakikolwiek szlachcic, a przynajmniej z wierzchu. A jeśli miała swą gorszą stronę, to wolałem jej nie poznawać, a takowa zapewne istniała...
- Biorąc pod uwagę, że jesteś związany i, pewnie, głodny, raczej innego wyjścia nie mam - skomentowała twoje słowa dziewczyna.

- I widzisz, to zaczynają się schody. Jesteś na Elyonie. To, zgaduję, zupełnie inny świat, niż twój. Ale jeśli chcesz już iść, nie będę cię zatrzymywać. Możesz już chodzić? - zapytała chwytając cię delikatnie za zdrowe ramię i pomagając wstać. Gdy to ci się udało i, jeszcze chwiejnie, wyprostowałeś się na nogach, Illiria przykucnęła wyjmując coś ze swojego koszyczka, który wciąż leżał na podłodze. Różę. To była cholerna, czerwona róża. Wyglądała na świeżo ściętą. Trzymając kwiat w lewej dłoni, prawą rozcięła twoje więzy nożem, którym wcześniej smarowała ci chleb. Cóż, najwidoczniej był ostrzejszy niż na to wyglądał. Uwolniony czułeś jak powoli wraca ci krążenie w nieco ścierpniętych od ciasnych więzów dłoniach.

- Ahhhh, jeszcze jedno... Chłopcze. Zanim cię stąd wypuszczę, przyjmij tę różę - powiedziała spoglądając ci w oczy, które natychmiast odwróciłeś, ze stoickim spokojem. Wyciągnęła przed siebie wyprostowaną, lewą ręką z różą luźno trzymaną w dłoni. Kwiat wyglądał... Zwyczajnie. Zwykła, ścięta łodyga z pojedynczymi kolcami i kwiatostan o pięknej barwie, podobnej do oczu dziewczyny. A więc... Zostałeś postawiony przed trudnym wyborem. Kwiat wyglądał normalnie, ale jeśli nie miał żadnych dodatkowych "funkcji", dlaczego miałoby jej tak zależeć na tym, byś go przyjął? Z drugiej jednak strony, chciałeś stąd wyjść możliwie szybko a drzwi były zamknięte. Mogłeś co prawda spróbować ogłuszyć Illirię i potem przeszukać pomieszczenie w poszukiwaniu klucza, ale... czy to aby na pewno był dobry pomysł?
-Niekoniecznie głodny, innym wyjściem było zapytać...-
Skomentowałem, jej skomentowanie, decydowała sama jak się czuję, ale biorąc pod uwagę że wcale głodny nie byłem, to robiła to dość nietrafnie. Oznaczałoby to, że przynajmniej nie ma zdolności odczuwania czyiś uczuć i pragnień, nie jak w bajkach i opowieści jakie czytałem wraz z Ruzą.

Nagle otworzyłem szerzej oczy gdy usłyszałem 'Elyon', jaki Elyon? Nigdy nie słyszałem nic o podobnym brzmieniu, we wszystkich południowych księstwach jakie przemierzyłem, ani w książkach jakie przeczytałem. Illiria zaczęła pomagać mi się podnieść, gdy z zamyślonym spojrzeniem patrzyłem pusto w przestrzeń, a będąc już na nogach skierował ku niej swe spojrzenie z opuszczonymi brwiami.
-Czekaj czekaj czekaj, Elyon? Jaki Elyon? Jaki zupełnie inny świat?-
Zignorowałem ostatnie pytanie, wystarczając odpowiedzią było chyba to że byłem wstanie sam ustać na nogach. Kompletnie zresztą straciłem zainteresowanie wszystkim innym, teraz interesowało mnie tylko słowo 'Elyon', i co znaczyło że to zupełnie inny świat? Że inny kraj? Kraina? Jakaś wyspa? Czy co? Nie podobało mi się to, i mam nadzieje że prawdą to nie było. Jaki kurwa ELYON!? Powinienem przecież być teraz w Dolinie Lisit, południowej krainie, o chłodnawym klimacie zawdzięczanym przez otaczające ją góry. A co jeśli kłamała, na pewno mogła to zrobić, w końcu była ostatecznie 'zwykłą' wiedźmą o bardzo egzotycznym imieniu.


Chwilę po tym jak wstałem na nogi, chyba tylko po to żeby wzmóc moje zdenerwowanie połączone z zaniepokojeniem, Illiria wyjęła właśnie kolejną róże jaką jest mi dane tu zobaczyć. Tym razem zwykłą czerwoną różę, wraz z jej widokiem coraz bardziej przekonywałem się że był to pierdolony sen. Koszmar na którego każdym kroku będę widział lub czuł czerwicowe róże. Róże będące herbem Rozveltów, będące symbolem oznaczającym czemu nie umarłem siedemnaście lat temu, symbolem mojej zasranej przeszłości, mojego szczęścia, utraty wszystkiego i winy czemu stałem się kim jestem...

Gdy moje więzy zostały rozcięte szybko przeniosłem ręce przed siebie, zacząłem masować nadgarstki możliwie ukrywając blizny przed wzrokiem wiedźmy, chodź ta pewnie już je widziała. Jednocześnie nerwowo chodziłem od jednego końca pomieszczenia do drugiego, mając nadzieje że ta dziewczynka próbuje mnie oszukać nosząc maskę szczerości i powagi. Do cholery, chyba teraz faktycznie potrzebowałem czegoś na uspokojenie, albo czegoś co odwróci moją uwagę od słowa 'Elyon'. No i dostałem, dostałem kurwa różę, zapominając już że ona jest wiedźmą i która mogła nie wiadomo co zrobić z tym kwiatem. Wciąż miałem swoje pewne przekonania, pewne wartości. Ocierając kciukami o resztę palców na swoich dłoniach, odwróciłem się do Illirii, lekko ruszając prawą dłonią wskazywałem na różę w jej dłoni, nieumyślnie robiąc to tak że blizny po ogniu na tej ręce były dobrze widocznie widoczne.
-Słuchaj, nie raz złapałem za różę we swym marnym życiu, za każdym razem kalecząc się o jej pierdolone kolce. W życiu nie wezmę kolejnej, symbolicznie kurwa czy nie... Szczerze wolę już zostać tutaj do rana.-

No i mnie lekko poniosło... Kurwa, ale ile można było wytrzymać, za dużo tego, za dużo wspomnień, za dużo bólu. Nawet zapomniałem że jestem podobno na jakimś innym kurewskim świecie, oraz o tym że starałem się być miłym. To wszystko, to było za dużo naraz, nie wiedziałem już nawet o czym mam myśleć. O tym co się teraz stanie? O tym że jestem na jakimś Elyonie? O tych różach? O wiedźmie? Z tego wszystkiego po prostu podszedłem do ściany, oparłem się o nią plecami i nerwowo myślałem o wszystkich tupocząc prawą stopą, z założonymi na siebie dłońmi nisko przed sobą i ściskając w pięść jedną, a potem drugą.
- Elyon, taka wyspa. Z tego co zrozumiałam, tutejszy bóg, czymkolwiek właściwie jest ratuje sobie jakieś ofiary losu i je tu wrzuca. Znaczy się niekoniecznie tu, na Elyon. Na stały ląd raczej. No ale ciebie musiał oczywiście wrzucić mi do domu, chociaż... W sumie to nawet dobrze się składa. Moi pobratymcy mogą być... Odrobinę bardziej agresywni.

Gdy uniosłeś rękę a twoje blizny zostały oświetlone przez dziwny, biały kamień wiszący na szyi dziewczyny, ta zaczęła się bez skrępowania im przyglądać. Gdy odmówiłeś przyjęcia od niej kwiatka, dostrzegłeś na jej twarzy grymas niepasujący do tej całej uroczej, kwiatowej otoczki. Westchnęła ciężko kładąc różę na podłodze na środku pomieszczenia.

- Dobrze, to sobie poczekamy - odparła pochylając się by unieść lekko suknię tak, aby jej nie przydeptywać. Sięgała w końcu do ziemi. Potem podeszła do ciebie zatrzymując się o krok od ciebie. To uświadomiło ci, jak duża różnica była w waszym wzroście, dziewczyna sięgała ci właściwie pod pachę, jak dziecko.

- Słuchaj, ja nie mogę cię stąd wypuścić, jeśli nie weźmiesz tego kwiatka. I wierz mi, trzymanie cię tu wcale nie jest dla mnie kuszące. Ale zrobię to, jeśli nie ulegniesz - powiedziała wyciągając wskazujący palec do góry i dźgając cię nim lekko w mostek, jakby dla podkreślenia swoich słów.
Gdy Illiria odkładała na ziemię róż,ę na którą zresztą nie mogłem już patrzeć, wędrowałem sobie wzorkiem po wyższych partiach ścian pomieszczenia jak i po samym suficie. To był jakiś żart, nie rozumiałem połowy tego co ona mówiła, ale zrozumiałem na pewno jedno, że niby jestem na jakiejś wyspie... Na jakiej kurwa wyspie? I o co chodziło jej z pobratymcami? Czyżby było więcej jej podobnej wiedźm? Teraz to nawet traciłem pewność w tym że jest wiedźmą, a raczej jakimś stworem z mitologii czy książek, a te rogi mogły być naprawdę jej własne... W końcu wiedźmy podobno nie mają pobratymców, to zwykłe samotne wynaturzenia, a przynajmniej nimi powinny być.

Nim jeszcze Illiria do mnie podeszła to spytałem ją o parę rzeczy, wciąż byłem poddenerwowany i zagubiony we własnych myślał, nie zapowiadało się też by to miało się w najbliższym czasie zmienić.
-Jacy pobratymcy? O jak bardzo innym świecie mówisz, jest to jakiś zaginiony kontynent? I o co ci chodzi z tą pierdoloną różą!?-
Nagle gdy mała wiedźma podeszła dźgając mnie w mostek, zniżyłem swój wzrok. Prawie natychmiast złapałem lewą dłonią jej rękę dźgającą mnie w mostek by ta nie mogła tego dalej robić, jakby chciała ją wyrwać to nie zamierzałem jej tego specjalnie utrudniać. To nie był jeszcze czas żeby siłą opuścić to miejsce, jeszcze nie... Martwiło mnie z jaką powagą ta dziewoja mówiła cały czas, jakby głosiła prawdę, prawdę która mnie przerażała. Jakbym miał teraz uciec, a to co ona mówi byłoby prawdą chociaż po części, to by się zapewne okazało że na zewnątrz będzie znacznie gorzej niż tutaj, a tym bardziej nocą... Musze się wpierw też czegoś dowiedzieć, czegoś więcej niż nazwy wyspy i wiedzy że nią jest, a to że nią była wcale nie ułatwiało niczego. W dodatku tylko denerwowałem się na myśl, że ta nie chciała mnie wypuścić tylko dlatego że nie chciałeś od niej przyjąć róży, a skoro nie chciała tego zrobić tylko z tego powodu, to oznaczało że jest z nią coś nie tak...
-Wiezienie kogoś za to że nie chce przyjąć kwiatka? Jeśli mam być szczery, to póki co to... To wszystko przypomina mi bardziej jakiś sen, koszmar jakim męczy mnie mój umysł, i chętnie poczekam aż się z niego obudzę nie robiąc kompletnie nic.-
Spoglądając na sufit i ściany nie dostrzegłeś właściwie niczego ciekawego, poza samym faktem, że zrobione były z nieobrobionego, chropowatego drewna bez ładnych widocznych łączeń. Wydawało ci się, ze nie ma ono żadnego "drewnianego" brązowego koloru, tylko jasny szary, ale w sumie w tych ciemnościach ciężko było stwierdzić. Poza tym... Może po prostu ktoś je pomalował farbą. To i tak nie był twój największy problem. Wyspa. Czyli byłeś na jakiejś cholernej wyspie? Wyspie na której potencjalnie było więcej takich rogatych, dziwnych stworzeń? Nie zapowiadało się to zbyt dobrze...

Gdy zacząłeś wyrzucać z siebie kolejne pytania do Illiri, ta uniosła przedramiona wnętrzem dłoni do ciebie, uśmiechając się lekko. Chyba ten gest miał cię w jakiś sposób uspokoić, ale od tego stanu dzieliły cię cale kilometry.
- Inni ceranie. Takie małe, urocze stworzonka z rogami i ogonami. Tylko chapać możemy mocno - powiedziała szczerzą swoje białe ząbki. I gdyby im się przyjrzeć to rzeczywiście, wydawały się dość ostre, szczególnie kły. Nie były jakoś specjalnie wydłużone w stosunku do ludzkich, ale zdecydowanie wyprofilowane tak, by mogła się porządnie w coś (a może kogoś?) wgryźć.
- Elyon jest... Ehhh, to długa historia. Skoro i tak planujesz tu zostać na dłużej, opowiem ci ją później. Co zaś się tyczy róży, jest to dar od Pani tej ziemi. Ktokolwiek chce odwiedzić nasz dom, musi ją przyjąć.

Gdy złapałeś jej nadgarstek, ona wcale nie próbowała go wyrwać, wręcz przeciwnie, podeszła jeszcze bliżej zadzierając głowę do góry.
- Przykro mi, ale z tego koszmaru da się obudzić w tylko jeden sposób... Chłopcze. Taki ostateczny - odrzekła chłodno i odwróciła się zabierając dłoń z twojego uścisku. Podeszła do regału i zdjęła z niego słoiczek z czymś czarnym w środku. Z nim w jednej ręce i nożem w drugiej przyklękła na podłodze plecami do ściany, tej samej pod którą wcześniej siedziałeś. Odłożyła te dwie rzeczy na ziemię i podciągnęła suknię, by ta jej nie zawadzała, gdy usiadła na piętach. Usadowiwszy się już, dość sztywno zresztą, zdjęła przykrywkę ze słoika i umiejscowiła go na swoim podołku trzymając w obu dłoniach. Zamknęła oczy i... tyle. Nic się nie działo. Nawet jeśli chciałbyś z nią dłużej rozmawiać, ta chyba nie była na to chętna. Twoją uwagę za to zwrócił nóż leżący przy jej prawym boku.
No i dowiaduje się więcej, rzeczy których chyba wolałem nie wiedzieć. Wiedźma próbuje mi wmówić że nie jest wiedźmą a jakąś ceranką? Cerą? Czerwica wie jak się to coś odmienia, rogi można doczepić jak w teatrze... Nie wmówi mi że są prawdziwe, zęby można piłować żeby był ostre, a żadnego ogona to ja nie widziałem. Do tego różą jest darem od Pani tych ziem? No ja pierdole kurwa, nie wierzę, nie wierzę że trafiłem do miejsca gdzie symbolem rządzącej osoby tych ziem była pierdolona róża, jak to się mówi 'deja vu'? A co jeśli to jakiś przeżyły Rozvert? Co jeśli to wszystko to jakaś pokręcona zemsta ostatniego Rozverta na ostatnim Burjanie? Za to że jako 'jedyny' żywy, opuściłem posiadłość Martera. Już to miało większy sens niż wmówienie mi że jakimś cudem, uratowany od śmierci pojawiłem się na innym świecie.

Gdy wyrwała rękę to przestając opierać się o ścianę, znów zdenerwowanie zacząłem chodzić w te i we wte, gdy ta wzięła kolejny słoik z regału. Musiałem się przyjrzeć co tym razem robi, wiedźma czy cera, nie wiem co by było gorsze ale musiałem ocenić co jest prawdą a co kłamstwem.
-Chyba sobie żartujesz, chcesz mi wmówić że te rogi wyrastają ci z głowy jak jakiemuś demonowi? I że jeszcze masz ogon?... Cała nosisz się w różach, wszędzie pachnie różami, dałaś mi do jedzenia 'różaną' słodkość a teraz chcesz mi wmówić że Pani tych ziem chce mi wręczyć róże? I co jeszcze? Powiesz że w herbie ma róże, a jej nazwisko rodowe zwie się Rozvert!?-
Znów oparłem się zdenerwowany plecami o ścianę, ty razem o ścianę blisko drzwi, by ze założonymi na siebie rękoma i ukrytymi bliznami obserwować co ta wyczynia znów wyczynia. Powoli traciłem już panowanie nad sobą w tej sytuacji, chciało mi się już nawet śmiać z tej całej sytuacji, to wszystko było zbyt... Zbyt przypominające o tej większej połowie mojego życia i tego co uczyniłem. Jeśli los lub mój umysł chciał mnie teraz za to wszystko ukarać, to wystarczyło by żebym spłonął żywcem, żeby stało się to co powinno się stać siedem pierdolonych lat temu.

Już nawet nie wiedziałem o co jej chodzi, brzmiało to wszystko bezsensu. Uratowany, opatrzony i nakarmiony po to żeby mnie nie wypuścić tak długo aż nie podniosę pierdolonej róży albo nie sczeznę? I co ona teraz w ogóle kurwa robiła? Chyba nie myślała że nie zauważę tego noża leżącego tak przy jej boku, kuszącego tak bardzo że chciałem szybko podnieść i go zabrać, a potem... Nie, to by było zbyt łatwe, to była pułapka, haczyk, a może tego właśnie chciała? Żebym właśnie to zrobił? Zagroził jej, rzucił się na jej życie z nożem w ręce? Po co by się zamykała tu ze mną? A może to tylko mi się wydawało? O ile dalej nie miało się nic dziać, zamierzałem sprawdzić dla pewności czy te drzwi są zamknięte.
- Nie, nie Rozvert. Phervis. Rosphan Phervis, nie żeby miało ci to coś mówić, nie jesteś stąd. Uspokój się, chłopcze - odrzekła Illiria zaskakująco spokojnie i powoli, jakby się obawiała, że czegoś nie zrozumiesz. Nie ruszyła się przy tym nawet o milimetr a powieka ani jej drgnęła. Może mógłbyś teraz podejść, tak powolutku i zabrać jej nóż? W końcu jak to drobne stworzenie przyodziane w sukienkę do ziemi miałoby z tobą walczyć? Spojrzałeś na jej drobne rączki i wąską talię zastanawiając się, na czym może polegać ta pułapka.

Podszedłeś do drzwi z zamiarem sprawdzenia, czy na pewno były zamknięte i... Napotkałeś pewien problem natury technicznej. Drzwi nie miały klamki, uchwytu, no nic. Nawet dziurki na klucz. Iluzja? A może jakaś sprytna sztuczka? Jedyne co wiedziałeś to to, że chyba samemu nie dasz rady utworzyć tych drzwi. Może ewentualnie jakoś je rozłupać? Zniszczyć? Odwróciwszy się w stronę Illiri zobaczyłeś, że... Z jej słoiczka z czarną mazią wyrastały jakieś małe pędy. Dziwne, mógłbyś przysiąc, że wcześniej ich nie było...
Uspokój się kurwa, sama się uspokój w mojej sytuacji, zazwyczaj wszystko planowałem, na wszystko byłem gotów i wiedziałem gdzie byłem oraz co robić. Nigdy też los nie był dla mnie aż tak kurewsko wredny, z tymi wszystkimi kurwa różami i nazwami. Rosphan, kurwa Rosphan, jestem prawie na pewno pewien że w języku sąsiadującego państwa rosa oznaczała właśnie róże, do tego to nazwisko rodowe brzmiało dziwnie podobnie. Chuj mnie już obchodził ten nóż, jeśli ta Illiria faktycznie była małą kruchą dziewczynką, to z nożem czy bez, byłbym wstanie ją powalić bez żadnego problemu nawet gdyby miała miecz w ręce, uczył mnie nie byle jaki fechmistrz i nie jeden raz wykorzystałem te nauki.

Za to czego potrzebowałem właśnie zdecydowanie bardziej od noża, klamki, pierdolonej klamki w drzwiach bo tutaj jednej brakowało. Nawet dziurki po kluczu? Żadnego śladu po jakiejś klamce czy uchwycie? No to teraz tym bardziej przypomina mi to sen, drzwi bez klamek, wszędzie róże, wiedźmia dziewczynka z rogami i różami... Ja pierdole zaraz oszaleje, zacząłem się szczypać w lewą rękę przy nadgarstku licząc że się obudzę i myśląc że to może coś co było w tamtym napitku bądź kanapce z dżemem. Że nie kazałem jej najpierw ugryźć trochę czy wypić... Widząc też jak coś wręcz wyrasta ze słoika, zacząłem obmacywać drzwi w poszukiwaniu czegoś czego widać. Jeśli niczego nie znalazłem, to szerokim łukiem w okół Illirii podszedłem do klapy, wskazując w trakcie przechodzenia na słoik dwoma palcami, jakby trzymając odległość i zasłonić się w razie czegoś przed czymkolwiek co by mogło z niego wystrzelić... A jeśli to był sen to mógłby być to sam diabeł.

Musiałem sprawdzić też samą klapę, dało się ją chociaż lekko podnieść, czy kłódka aby na pewno tam wciąż była, a jeśli była to jak z jej jakością na pierwszy rzut oka z bliska. Potem miałem zamiar sprawdzić koszyk przyniesiony przez Illirię, co w nim mogło jeszcze być o ile światło wychodzące z kamienia na jej naszyjniku mi pozwalało... Właśnie, jej naszyjnik, szybko straciłem zainteresowanie koszykiem, już nawet nie patrząc nawet gdzie chodząc, podszedłem do niej i kucnąłem. Chyba na prawdę już traciłem powoli kontakt z rzeczywistością, zacząłem to wszystko traktować bardziej jak jakiś sen niż rzeczywistość. To też miałem zamiar się bardziej przyjrzeć świecącemu kamieniowi, a potem też samej Illirii... Może czasem zerkając na słoik z którego wychodziło nie wiadomo co, a może nie, na pewno nie jeśli coś bardziej przykuje moją uwagę na samym świecącym kamieniu bądź Illirii, a o to teraz nie było trudno.
Drzwi w istocie nie miały ani śladu po jakiejś klamce, były gładkie bez żadnych rowków czy czegokolwiek innego. No normalnie jak zamknięte na stałe. A słyszałeś przecież nie tak dawno temu ich trzaśnięcie. Pewnie była to sprawa tej cholernej, różanej wiedzmy. Po chwili poddałeś się stwierdziwszy, że tutaj nic nie wskórasz. Podszedłeś do klapy w podłodze obchodząc Illirię szerokim łukiem - szczęśliwie nic z jej słoika nie wystrzeliło. Spróbowałeś ją lekko unieść - metalowa kłódka jednakże pozwoliła ci odchylić od podłogi klapę jedynie na jakieś pół centymetra, nie więcej.

- Na twoim miejscu bym tego nie ruszała - skomentowała Illiria nie ruszając się z miejsca. Gdy odwróciłeś się w jej stronę zobaczyłeś, że jej oczy były wciąż zamknięte. Kiedy kucnąłeś przed nią przyglądając się naszyjnikowi, ta ponownie przemówiła z irytującym wręcz stoickim spokojem. Miała tupet, siedzieć tak nie widząc cię nawet bez żadnych obaw, żadnego zawahania.

- Widzisz coś ciekawego, chłopcze? Zgaduję, że nie spotkałeś nigdy żadnego Ceranina? - zapytała odkładając słoik na ziemię przed sobą. Nie otwierając wciąż oczu bezbłędnie od razu trafiła prawą ręką na leżący obok niej nóż i, uniósłszy obie ręce nad słoik, przecięła swój lewy nadgarstek szybkim, prostopadłym machnięciem. Zlizała z noża kropelki krwi, które na nim osiadły i odłożyła go z powrotem przy swoim prawym boku trzymając krwawiącą rękę cały czas nad pędem tak, by szkarłat krwi spływał po nim. Cóż to za przedziwne rytuały odprawiała? Nie miałeś pojęcia, to wszystko było takie dziwne i nierzeczywiste. Tak samo jak ten biały kamień emanujący mleczno białym światłem na piersi ceranki. Wyglądał pięknie, oprawiony od góry w filigranowe srebrne zawijasy, wisiał na równie delikatnym srebrnym łańcuszku. Przydatna rzecz, kamień, który świeci w ciemności. Ciekawe czy to magia, czy jakaś nieznana ci jeszcze substancja to powodowała...
Słowa niesione jej głosem wlatywały do moich uszu... I chyba wylatywały drugą stroną, gdyż od razu o nich zapominałem. Wiem że coś mówiła gdy byłem przy klapie, a potem jak przy niej kucałem, to był w końcu sen, nie było sensu słuchać sennych mar. W końcu ona była tylko senną marą... Dziwnym wybrykiem mojej wyobraźni, próbą mojego umysłu do poczucia winy? Te wszystkie róże, to zamknięte pomieszczenie ze klapą z kłódką prowadzącą w dół jak do piekła, oraz zamkniętymi drzwiami bez klamki czy dziurki drzwiami prowadzącymi do nieba. Drzwi mówiące że niebo istniało, ale nie było już dla osiągalne w żaden sposób, tylko piekło które się dla mnie otworzy w chwili śmierci... Było jeszcze to miejsce pomiędzy, to małe pomieszczenie niczym czyściec, miejsce w którym zostanie ukazane kim na prawdę jestem.


A jestem kimś, kto się nawet nie zorientował jak bezszelestnie podnosi swą prawą rękę ku komuś, kto może nie wyglądał do końca jak człowiek, lecz wciąż wyglądała jak mała krucha dziewczynka, będąca znacznie młodsza ode mnie... Było to bardziej jak odruch, próba odnalezienia upustu dla emocji. Odruchu o którym nie byłem świadom, dopóki nie zobaczyłem mojej prawej dłoni niepokojąco powoli i milcząco zbliżającej się do jej szyi, w uformowanym już chwycie, jakbym chciał łapiąc ją za szyje przycisną do ściany i zacząć dusić...

A może byłem tego świadom? Lecz, nawet o tym nie myślałem? Kiedy kurwa, kiedy doprowadziłem się do sytuacji, że bezmyślnym odruchem stała się próba sięgania do czyjejś szyi w celu duszenia? Gdy się tego zorientowałem, widząc swe długie blizny, ślady ognia na palcach mojej prawej ręki zbliżające się do jej szyi, od razu ją zabrałem. Przycisnąłem prawą rękę do swojego ciała, trzymając ją drugą dłonią odwróciłem też wzrok, po ukosie patrząc w prawy-dół, mogąc w końcu zobaczyć  opatrunek jaki mi założyła. Wstałem też z przykuca i odsunąłem się od tej wiedźmy, odwracając się też do nie plecami.

Czy na prawdę chciałem znów ponieść się nienawiści? Znów zacząć kręcić tym kołem? Mając czyste konto na tej mniej bądź bardziej prawdziwej wyspie... Mój cel, którym był, napędzana nienawiścią do wszystkiego w tym samego siebie oraz instynktem chęć przetrwania połączona z wieczną wendetą przeciwko czemuś, co tak naprawdę było tylko w mojej głowie? Cel którego jeśli chcąc czy nie chcąc porzucić, i tak miał się nijak do tej wiedźmiej ceranki Illirii, nie była przecież zagrożeniem dla mojego życia, przeciwnie... Zajęła się moimi ranami, napoiła, nakarmiła... Nawet zaoferowała wyjście tylko jeśli przyjmę dar w formie róży, która nawet jeśli była zaczarowana, to nie chciałem jej podnieść tylko z mojej osobistej nienawiści do niej. Jakie to było głupie, sam sobie utrudniam życie chcąc udusić, zabić oraz uciec od kogoś kto mi pomógł i być może nie chce widzieć mnie martwego... Róży nie przyjmę, na fizycznej wolności szczerze mi nie zależało nigdy, była ona jedynie środkiem do celu... A teraz, jeśli był to sen, jeśli była to prawdziwie inna wyspa, to czy pozostało mi coś innego niż chęć po prostu przeżycia? I czy powinienem od zabicia pierwszej spotkanej osoby która nie więziła mnie jak więźnia, lecz kogoś rannego kto by sobie nie poradził bądź sprawiałby kłopoty...

... Powinienem... Powinienem wyjść stąd po 'dobroci', dopóki nie dostanę dobrego powodu, to powinienem chociaż się starać nie zabijać istot które w swej dobroci nie powinny być skazywane na idiotę czy szaleńca rzucającego się na ich życie... Przynajmniej starać się z tym walczyć, nigdy w końcu nie chciałem zabijać bezmyślnie każdego kto popadnie, tylko tych którzy powinni umrzeć. Chociaż teraz sam nie wiem których zabiłem więcej... Znalazłem sobie miejsce pod ścianą między klapą w podłodze, a miejscem gdzie dziewczyna siedziała, tam próbując się uspokoić wewnętrznie, usiadłem po turecku z założonymi i przyciśniętymi do siebie rękoma. Przymknąłem oczy i czekałem, tak jak ona postanowiła czekać przed chwilą, tak samo ja postanowiłem. Po prostu siedzieć, myśleć i odpoczywać, coś co robiłem tak często w ciągu ostatnich siedmiu lat że byłbym wstanie to policzyć na palcach obu dłoni...
Podczas twoich rozterek wewnętrznych i walki z samym sobą, by nie rzucić się na nią, Illiria pozostawała nieruchoma, trzymając zaciśniętą pięść nad słoikiem, z której powoli skapywały krople krwi, wprost na zielonkawy pęd rosnący na twoich oczach. Może na początku widok wydawał się ciekawy, ale potem... No ile w końcu można było patrzeć, jak trawa rośnie?

Po kilku kolejnych minutach ceranka zabrała dłoń i oblizała ją z krwi. Ohyda. Wróciwszy do poprzedniej pozycji, trzymając słoik na kolanach w obu dłoniach zastygła w bezruchu, a ty nawet nie wiedząc kiedy zacząłeś przysypiać.

* * *

Obudziłeś się jakiś czas później cały zmarznięty dopiero po chwili uświadamiając sobie, że coś było nie tak. Drzwi były otwarte do wnętrza piwniczki wpuszczając nikłe światło do środka. Z zewnątrz, znad sufitu dobiegały odgłosy krzątaniny. Czyżby ceranka nieopatrznie zostawiła drzwi otwarte? A może była to jakaś pułapka? Chociaż w sumie po co miałaby zastawiać na ciebie pułapki? Trochę się natrudziła, żeby podkładać cię do kupy i na co miałoby to być, gdyby planowała cię jakoś skrzywdzić? Rozejrzawszy się po swoim otoczeniu spostrzegłeś, że na ziemi wciąż leżała róża a ze słoika, nad którym wcześniej "modliła" się dziewczyna wyrastał, uh, mały różany krzew. Jakieś cholerne różane piekło. Od razu poczułeś chęć ucieczki z tego pokoju. I chyba nawet miałeś na to okazję
-Kurwa...-
Powiedziałem cicho pod nosem po tym jak uniosłem powieki. A już myślałem że był to pierdolony sen, czyli to wszystko działo się naprawdę... Jestem u jakiejś wiedźmy, nie, nie wiedźmy, ceranki o imieniu Illiria, której blisko byłem do złapania jej szyi i duszenia... Ale kto powiedział że ceranka nie może być też wiedźmą? Wciąż jednak czy nią była czy nie, dobrze że się powstrzymałem od zaatakowania jej skoro nie był to tylko sen. Mógłbym tego pożałować, a tak, to wyglądało że za 'dobre' zachowanie chyba postanowiła zostawić otwarte drzwi.

Więc powoli się podniosłem z ziemi opierając się na lewej dłoni i ruszyłem w stronę drzwi... Lecz nagle sobie coś przypomniałem, przystanąłem przy róży leżącej na ziemi i spojrzałem na nią, przez to coś podobno nie mogę wyjść. Prychnąłem nosem podnosząc nogę z zamiarem nadepnięcia swym butem na czerwone płatki róży, ale nim to zrobiłem to coś mnie olśniło. Był to dar Pani tych ziem, a jednym jest nieprzyjęcie daru, a drugim jest nadepnięcie i zniszczenie go. Rozmyśliłem się więc, nie depcząc po róży, znów ruszyłem w stronę drzwi.

Nie obawiałem się pułapki, jej istnienie nie miało by sensu, tak samo jak sensu nie miałby zając polujący na wilka. Wcześniej też potrafiła ona umyślnie się ze mną zamknąć, na pewno by 'przypadkiem' nie zostawiła otwartych na oścież drzwi, a jeśli tak... To jej wina, chyba nie myślałaby że bym siedział grzecznie w tej piwniczce przez wieczność. Tak więc przeszedłem przez próg drzwi, wcześniej jednak się spojrzawszy czy może 'magicznie' nie pojawiła się na nich jakaś klamka bądź cokolwiek. Po drugiej stronie chciałem się rozejrzeć zamykając powoli za sobą drzwi, w końcu od tego są drzwi by je zamykać i chronić drogocenne dżemy oraz marmolady przed światłem... Może też jak będę miał szczęście, to po drugiej stronie tych drzwi jest mnie róż niż w tej piwniczce.

W swoim zwiedzaniu nie zamierzałem się skradać po jej domu, też nie miałem zamiaru być z tym jakiś donośny. Nauczono mnie jak się zachowywać w czyimś domu, jak być cicho i nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi tupocząc z każdym krokiem o podłogę. Tak też zamierzałem się zachować, nie miałem póki co powodu do ukrywania tych szlacheckich manier czy poruszania się jakich uczył mnie Marter, bądź raczej jego służba. We wielkich posiadłościach łatwo było o niosące się echo, a jako pół arystokrata, a pół zwykły pomagier Rozvertów, miałem nie zwracać na siebie zbytniej uwagi, a być raczej cichą ozdobą czy cieniem chodzącym za Ruzą czy Marterem, tak było przez większość czasu.
Zbliżywszy się do drzwi miałeś wreszcie okazję przyjrzeć się mechanizmowi je zamykającemu. A właściwie taki był plan, bo brzeg drzwi tak samo jak futryna były kompletnie gładkie. Żadnego zatrzasku, żadnych żłobień, no po prostu nic. Normalnie magia. Może jednak ceranka rzeczywiście była wiedźmą? Ale biorąc pod uwagę całą ta sytuację... Nawet jeśli tak, co z tego? Jedyne co wiedziałeś o wiedźmach, to jakiś wątpliwej rzetelności opowieści. Od kiedy wierzyłeś bezkrytycznie plotkom?

Spróbowałeś nawet być uprzejmy i zamknąć za sobą drzwi, ale bez żadnego zatrzasku te po prostu z powrotem otworzyły się do wnętrza. Wyszedłszy z pokoju znalazłeś się w ciasnej "klatce schodowej" o nieokreślonym, lekko zaokrąglonym kształcie i chropowatych ścianach. Drewno, z którego wykonane były ściany, podłoga, sufit i drabina, było jasnoszare, prawie białe. Na ścianie naprzeciwko drzwi do piwniczki wisiał na sęku podobny do tego ceranki biały kamień. Ten jednak był po prostu umocowany na rzemyku przechodzącym przez otwór wywiercony w jego środku. Czułeś, że ten "budynek" nie był stworzony dla kogoś takiego, jak ty. Pomieszczenie było wysokie na jakieś dwa metry a stojąc w tej małej klitce z drabiną byłeś w stanie dotknąć przeciwległych ścian rozciągając ramiona na boki. Stając przed otworem prowadzącym na górę widziałeś taki sam jasnoszary sufit co i niżej. Ciekawym spostrzeżeniem był za to fakt, że na zewnątrz piwniczki było zdecydowanie cieplej. Tam naprawdę zaczynałeś marznąć. Tu było nawet znośnie.

Zacząłeś ostrożnie wchodzić po drabinie na wyższe piętro. Wyglądało ono dokładnie tak samo jak poprzednie. Lekko uchylone drzwi do zewnątrz, naprzeciwko nich na ścianie świecący, mleczny kamień i drabina na wyższe piętro ułożona po przeciwnej stronie co poprzednia. Jednak wejście na kolejne piętro było zamknięte, tak jak i drzwi do piwniczki, bez żadnych widocznych zamków. Przez lekko uchylone drzwi do pokoiku na tym piętrze słyszałeś jakieś szuranie, zaglądając do środka zobaczyłbyś Illirię rozkładającą puchaty, biały koc na jakimś zaokrąglonym posłaniu umiejscowionym pod jedną ścianą pomieszczenia. Pokój znowu nie miał okien, naprzeciwko drzwi znajdywał się niski, kwadratowy stoliczek wykonany z wygładzonego kawałka białego drewna, po obu jego stronach leżały spore, również białe poduchy. Po drugiej stronie od łóżka znajdywała się dość spora, jak na tak małą dziewczynkę balia w tej chwili niewypełniona wodą. Na jej brzegach i pod nią widziałeś płatki kwiatów i pokruszone liście, jakieś zioła. Czyli jednak wiedźma.
Huh, spodziewałem się czegoś... Innego? Tak właściwie to czego? Na początku myślałem że jak wyjdę z tamtej piwnice to ujrzę normalny dom, ale jak teraz o tym myślę to uświadamiam sobie jak głupie to było. Spodziewać się od tego normalności, czy wiedźma czy coś innego co nawet nie było człowiekiem, od tego nie można było się spodziewać normalności z moich standardów. Zgadując że chyba nie znajduję się w wielopoziomowej piwnicy gdzie każde piętro było takie samo, a była to raczej jakaś konstrukcja przypominająca wieżę czy iglicę, a może tym była? Wiedźma we Wieży? Słyszałem o księżniczkach we wieżach, ale nie wiedźmach.

Do tego te rozmiary, od samego początku sądziłem że wiedźma wcale nie jest tym na co wygląda, a przynajmniej wiekowo, teraz mam nawet na to potwierdzenie w rozmiarach tej konstrukcji. Zbudowanej dla kogoś jej rozmiarów, jej pokroju, dziecka a nie 'dorosłej' osoby... Dziwnie jest, że prawie gdziekolwiek uniosę rękę to dotknę sufitu, ale co będę oceniał, jej dom, dla niej, tak by było jej wygodnie, najwyraźniej wygodnie jej było wszędzie schodzić i wchodzić po drabinach.


Cokolwiek bym nie zobaczył przez szczelinę, nie zamierzałem się zbytnio przyglądać przez nią co było po drugiej stronie. Wiem że była tam Illiria, i że chyba był to jakiś pokój o charakterystyce bardziej mieszkalnej, ale nie chciałem wyciągać żadnych mylnych wniosków przez wścibskie obserwowanie kogoś przez uchole drzwi. W końcu tym razem nie miałem zamiaru nikogo zabić, ani w ogóle nie zrobić nikomu żadnej krzywdy... Dość miła odmiana, oraz na tyle rzadka że zaśmiałem się pod nosem na jej myśl. Rozejrzę się po pomieszczeniu jak już będę w środku, ale nim tam wejdę, trzeba zapukać. Ponieważ drzwi były uchylone, postanowiłem popukać o framugę która o ile się nie mylę też była z drewna. Nie jestem w końcu chamem który wparowuje do pomieszczenia bez żadnej zapowiedzi czy pytania... No może nie przez kilka procent mojego bytowania przez ostatnie lata, jeśli nie byłem pod przykrywką, to zazwyczaj wparowywałem do pomieszczeń jak szalony by zabić. O ile 'pozwolono' mi wejść, to wszedłem i dopiero wtedy rozejrzałem się po pomieszczeniu, szczerze czułem się teraz bardziej jak gość niż więzień z jakiegoś powodu. A nawet gościom wypada się zachowywać w czyimś domu, a przynajmniej wychowanym gościom którym częściowo byłem.
- Wejdź - powiedziała krótko i bez emocji Illiria. Gdy odwróciła się w twoją stronę, zobaczyłeś, że jej policzki i oczy były strasznie zaczerwienione co też chyba starała się ukryć pochylając głowę tak, aby włosy ją zasłaniały.

- Możesz spać tu, na dole jest za zimno - dodała tak samo wypranym z emocji głosem. Podeszła do stoliczka na środku pokoju i usiadła na poduszce z gracją. Wyjęła coś spod niego, z małej wbudowanej pod spodem szufladki. Było to nieduże lusterko i szczotka do włosów. bardzo ładna szczotka do włosów, zrobiona z białego drewna ze srebrnymi, filigranowymi zdobieniami. Okrągłe lusterko chyba było do zestawu, bo jego ramki wyglądały podobnie. Ułożywszy lusterko przed sobą na stoliczku, zdjęła wianek z włosów i zaczęła je powolnymi ruchami czesać z zamkniętymi oczami. Zauważyłeś przy tym jak zmienił się jej oddech, stał się głębszy i powolniejszy.

- Wiesz, równie dobrze mógłbyś wziąć tę różę i ułatwić życie zarówno sobie, jak i mnie - westchnęła dziewczyna nie przerywając czesania swoich loków.
- Dlaczego tak ich nienawidzisz? - zapytała z ciekawością w głosie otwierając oczy i patrząc na ciebie z dołu. Tym razem, gdy pochwyciła twe spojrzenie, ty nie byłeś w stanie odwrócić wzroku. Z pewnym przerażeniem obserwowałeś jak szkarłat zmienia się w płynne lśniące złoto. Mrugnięcie oczu później wszystko było już z powrotem dobrze a dziewczyna z zamkniętymi oczyma dalej kontynuowała czesanie się.
Dostałem sygnał na wejście, to wszedłem otwierając drzwi, a potem je przymykając za sobą, zakładając że nie byłem wstanie ich zamknąć tak samo jak tych na dole. Wpierw ujrzałem Illirię, małą wiedźmę która wyglądała jakby właśnie napiła się jakiejś mocnej mikstury, bądź zaciągnęła się licawego oddechu, choć szczerze wątpię żeby były tu takie narkotyki, zakładając oczywiście że to co do teraz mi mówiła była prawdą. Nie zmieniało jednak to faktu, że jeśli chciała to ukryć to wychodziło jej to dość miernie... Mimo wszystko kiwnąłem do niej głową mówiąc.
-Dobry...-
Nie wiem ile spałem, moja 'strażnika' póki co była dla mnie niezwykle miła, więc uznałem że dobrym pomysłem będzie się przywitać. Przynajmniej żeby wzbudzić w niej jakieś zaufanie bądź sympatię, już mnie wypuściła z piwnicy, to może następnego 'dnia' wypuści mnie ze swojego domu, a przy okazji będzie mogła mi więcej opowiedzieć o tym miejscu. Muszę w końcu przyznać że trochę się zainteresowałem tym miejscem, rzadko widywałem takie wnętrza, jednocześnie tak proste i niezwykłe, zaczynałem mieć wrażenie że siedzę w jakimś ogromnym pniu. Rozejrzałem się też dokładniej po samym pomieszczeniu, czyżby pokój gościnny? Jednakże po balii wątpię żeby Illiria miała mi ją tak przygotowywać, chyba że miała gości w co raczej też wątpię, też wyjęła spod stolika lusterko wraz z szczotką do włosów, czyżby jej? Raczej że jej, w końcu jej dom...
-Na dole była nieco przyjemniejsza temperatura, ale dziękuję za tą możliwość. Drzemka na tym łożu i pomyśle że zostanie wcale nie jest takim złym pomysłem.-
Podniosłem odrobinę lewy kącik ust jak do lekkiego uśmieszku, po czym wróciłem do normy. Teraz to zdecydowanie czułem się jak jakiś gość, z ciemnej zimnej piwnicy, do takiego pokoju, rozumiem że teraz to próbowała mnie tu zatrzymać? Choć nie byłbym sobą gdyby nie zaczął odczuwać jakiś wątpliwości, wciąż mi coś nie pasowało, a mianowicie wszystko, a szczególnie jej ciągle zmieniające się zachowanie.


-Póki co to całkiem tu wygodnie, z porównaniem do tego co doświadczałem nim się tutaj obudziłem to zdecydowanie łatwiejsze byłoby odwlekanie przyjęcia tej twojej przeklętej róży... Ale jeśli zechcesz mnie wypuścić wcześniej to jak najbardziej skorzystam z takiej możliwości.-
Kręciłem się po pomieszczeniu odpowiadając na jej słowa, póki co nie brakowało mi niczego prócz zajęcia czymś czasu i dowiedzenia się więcej o tym gdzie jestem oraz co się konkretnie dzieje. A czy na rozwiązanie tych obu problemów naraz było coś lepszego niż rozmowa z małą niezwykle gościnną wiedźmą? Nawet nie musiałem szybko pytać o to, co by mnie faktycznie interesowało, w końcu miałem bardzo wiele czasu na rozmowy.
-Dlaczego ich nienawidzę? A skąd ta myśl, są jedynie w pewnym sensie powodem wszystkiego złego co mnie spotkało, a jednocześnie powodem czemu wciąż żyje, powodem czemu jestem kim jestem oraz powodem aż jednej dobrejjj...-

Nagle zamilkłem, jak zahipnotyzowany, wpierw zdziwiony kolejnymi sztuczkami wiedźmy której oczy zmieniły swoją barwę z mocniej czerwieni do złota... Lecz nie był to główny powód czemu nagle zamilkłem i patrzyłem w nią jak zahipnotyzowane, było lecz nim wspomnienie które trzymało mnie nieco dłużej niż obecność widocznych złotych oczu Illirii...

Widziałem jak siedzi na końcu stolika, czesząc swe piękne czarne długie włosy bogato zdobioną szczotką do włosów po której to ciągnęły się wzory kolczastych róż. Przez duże okno biblioteki promienie słoneczne padały prosto na jej jasną twarz, z przymkniętymi oczami od słońca patrzyła na mnie czesząc swe cudne włosy, złotymi oczami świecącymi w świetle dnia. Tego dnia prawie całe popołudnie przesiedzieliśmy w tej bibliotece, ja czytałem na głos, a ona słuchając czesała swe włosy wpatrzona na mnie... Teraz nawet nie pamiętam co czytałem tego dnia, gdyż najważniejsza była ona, Ruza...

... I nagle jak wpadłem w ten niepożądany wspomnieniowy trans, tak samo bez żadnej zapowiedzi z niego wyszedłem opanowując się z niego natychmiast. A przynajmniej z zewnątrz, od razu wracając do odpowiedzi na jej pytanie.
-Ale nie jest to coś, o czym bym opowiadał przy drugim spotkaniu, wybacz.-
Ostatnie słowo powiedziałem dość nieszczerze, nie było to coś o czym miałem ochotę z nią rozmawiać, czy raczej z kimkolwiek, najlepiej bym w ogóle zapomniał od tych wszystkich latach mojego życia. Ale nie było to coś, co można od tak zapomnieć. Stojąco oparłem się lewym bokiem o ścianę przy balii, tak bym był do nie zwrócony przodem. Zaczynam chyba powoli odwoływać to co wcześniej myślałem, coraz mniej zaczynało mi się tu podobać, ta kurewska wiedźma zaczęła się bawić moimi wspomnieniami. Spowodowała że wróciłem jak we śnie do tamtych czasów, zrobiła to umyślnie? Czy tak czy nie, nie mogłem się powstrzymać od zaciśnięcia pięści w prawej ręce z całych sił. Nikt nie wmówi mi że to był przypadek lub jakaś halucynacja że jej oczy na chwilę stały się złote, akurat w momencie gdy patrzyła się prosto w moje... Moje brwi w zamyśleniu i niezadowoleniu opadły, a oddech nieco przyśpieszył, wywoływanie tych wspomnień było kurewsko boleśnie nieprzyjemne. Na tyle że znów straciłem swe skupienie, nawet zapomniałem już o co sam chciałem ją zapytać.
- Jeśli wolisz, zawsze możesz wracać do tego ziąbu, nie trzymam cię przecież - odparła sucho Illiria, gdy stwierdziłeś, że na dole było przyjemniej.
- Dobrze, bo jeśli nie weźmiesz tego kwiatka, szybko tego miejsca nie opuścisz.

Na chwilę obydwoje zostaliście rozproszeni przez złoty blask w oczach Illiri, pozostawił on ciebie rozbitego, ale i dziewczyna zareagowała. Mimo, że dalej czesała włosy, teraz jej dłonie delikatnie drżały a po policzku spłynęła pojedyncza łza, którą szybko otarła.
- Masz tydzień na przyjęcie tej róży. Potem może zrobić się mniej miło, chłopcze... Wybierz mądrze - powiedziała z zamyśleniem ceranka odchylając głowę do tyłu i wiążąc włosy w wysokiego kucyka. Sięgnęła do pleców swojej sukienki rozpinając ukryte guziki.
Pojedyncza łza, co? Skąd u niej ta łza, jak ona próbowała mną manipulować? Czy może widziała me wspomnienie? Czuła to co ja teraz? Smutek i złość? Wiedźmie pierdolone czary, wiedźmy kurewskimi rogami i pewnie szatańskim ogonem pod sukienką, kto wie co było w tym co wypiłem... Dawała mi ona tydzień, na to bym zrobił to co chciała czyli podnieść przeklętą różę, tydzień bezpieczeństwa, jedzenie i picia tyle ile potrzebuje, siedem dni by dać się zagoić ranie po wbitym sztylecie. Do tego czasu, jeśli mi nic nie zagrozi albo mi nie odwali, to zamierzałem to przeciągać.

Mimo wszystko, widząc jak niezwykle ten dom jest zbudowany, to niespodziewanie czułem się tu bezpiecznej niż pod gołym niebem czy w tawernie. A przynajmniej gdy byłem z dala od gospodarza tego domu, a raczej z nią nic teraz nie wskóram... W końcu co zdziałają gołe ręce na diabelne czary? W momencie gdy ona czuwa, gdy nie pozwala oderwać mojego wzroku od jej oczu, gdy jest czujna nie mogę tak po prostu zaatakować... Lecz w ciągu siedmiu dni, wiele może się zmienić, czasami jeden tydzień może się niezwykle dłużyć. I możliwie niech dłuży się z dala od niej, oraz jej sztuczek, mam wrażenie że chwilę dłużej tutaj bym nie wytrzymał przez odwalenia czegoś, czego nie powinienem...

Nie czekając na kolejne sztuczki czy inne pierdolone czary, po prostu skierowałem się szybkim krokiem w stronę drzwi. Cokolwiek ona robiła, nawet jeśli się po prostu rozbierała, nie zamierzałem na to patrzeć, nie zamierzałem temu już w ogóle patrzeć w oczy. Wychodząc z pomieszczenia, zapewne wciąż nie mogąc za sobą zamknąć tych drzwi, po prostu je przymknąłem i skierowałem się ku drabinie na dół do 'mojej' piwniczki. Na dole nie wchodząc do pomieszczenia ze słojami, zdjąłem ze drewnianej ściany świecący kamyczek na rzemyku, chyba nikt się nie obrazi jeśli go potem odłożę na miejsce. Następnie z dziwnym świecącym kamyczkiem w ręce, otworzyłem szeroko drzwi do piwniczki i usiadłem w ich progu między piwniczką a pomieszczeniem z drabiną. Dość przyjemnie było czuć z jednej strony chłód a z drugiej strony ciepło...

Siedząc wygodnie oparty plecami o framugę, po chwili przybliżyłem dziwny kamyczek do twarzy, chciałem mu się przyjrzeć, dotknąć go. Byłem ciekaw czym było to światło, czy kamień wydzielał jakieś ciepło? Czy w środku był uwięziony jakiś dziwny magiczny płomień? Po pewnym czasie gdy dokładnie obadałem świecący biało kamień na rzemyku, zająłem się przyjrzeniu swojej ranie i opatrunku. Dokładnie go sprawdzić, pomacać by ocenić jaki ból będzie odczuwany prze dotyku, potem nawet chciałem zajrzeć pod bandaże by zobaczyć jak rana się goi. W końcu miałem wbity cały krótki sztylet w ramię... Oczywiście też spojrzałem do samej piwniczki gdy jeszcze siadałem, by dla pewności zobaczyć czy coś się w niej nie zmieniło na pierwszy rzut oka.
- Zostań tu - krzyknęła do ciebie Illiria, gdy skierowałeś się w stronę drzwi. Nie zatrzymywała cię jednak, toteż bez problemu zszedłeś na dół usadawiając się w przejściu do piwniczki. Usłyszałeś dochodzące z góry głośne szuranie po podłodze, dziewczyna przesuwała po niej coś ciężkiego jednak nie przejmowałeś się tym przyglądając się mlecznemu, świecącemu kamieniowi. Był on lekko ciepły a światło wydobywające się z niego było czysto białe i równomierne, nie przypominało to płomienia ani niczego, co do tej pory napotkałeś na swojej drodze. Najbliższe skojarzenie miałeś chyba z jasną powierzchnią księżyca lśniącą w nocy, jednakże w przeciwieństwie do niego, kamień nie świecił tak ostrym światłem.

Potem skupiłeś się na swojej ranie, o dziwo wcale nie bolała. Czułeś wręcz lekkie zdrętwienie w tamtym miejscu, efekt prawdopodobnie maści, którą nałożyła ceranka. Chciałeś zajrzeć pod bandaże ale szybko porzuciłeś te myśl. Przylegały perfekcyjnie do twojej skóry, napięte idealnie tak, by się ani nie zsuwać, ani nie odcinać dopływu krwi. Gdybyś je teraz odchylił, pewnie poluzowałyby się a tego wolałeś uniknąć.

Kilka minut później zeszła do ciebie na dół i w pierwszej chwili wcale jej nie poznałeś. Jej związane w wysokiego kuca włosy pozbawione kwiatowego wianka wreszcie odsłaniały całe grube, zakręcone i chropowate, ciemne rogi ze szpikulcowatymi końcami. Czarna, skórzana kamizelka sięgająca ledwo od krańca żeber po szyję bez ramion odsłaniała bandaże, oplatające cały tors dziewczyny. Mimo, że widać po nich było, iż zostały niedawno zmienione na czyste, w niektórych miejscach wciąż przebijała się krew. Czarne spodnie przylegały jak druga skóra do nóg ceranki, przytrzymywane dodatkowo w pasie przez prosty pasek, do którego na obu biodrach przytłoczone były pochwy na dwa długie, lekko zakrzywione noże. Czyli wiedźma potrafiła się też bić? Ciekawe.

Dziewczyna miała przez ramię przerzuconą niedługą, szarawą pelerynę a w dłoni trzymała zawinięty bicz którym postukiwała o udo patrząc na ciebie wzdychając z irytacją.
- Chodź na górę, chłopcze. Muszę wyjść a nie zostawię cię w tej piwniczce samego - poleciła patrząc na ciebie z góry. Cóż, to chyba była jej jedyna okazja by zobaczyć twój czubek głowy, ceranka nie grzeszyła wzrostem.
Nawet chwili spokoju, chciałem z początku pójść gdzieś z dala od jej sztuczek, z dala od manipulacji póki wciąż nie chciałem jej szczerze skrzywdzić, ale nawet nie mogłem się wygodnie rozsiąść i rozejrzeć, a ta już do mnie przylazła bym wracał na górę. Aż pofatygowała się na dół po mnie. Widząc jak i słysząc jak Illiria do mnie schodzi, to sam postanowiłem wstać nie dając jej zbytnio okazji do patrzenia na mnie z góry. Kiedy indziej będę mógł się bardziej przyjrzeć tym dziwnym kamieniom, już i tak wiele się dowiedziałem, więc odłożyłem go na swoje miejsce.

Przyjrzałem się też jej jak schodziła oraz jak już zeszła, unikając ciągle jej wzroku, uraz do nich zostanie mi na co najmniej cały dzień, bądź przynajmniej do następnej drzemki. Bez tego wianka, ze związanymi włosami dokładnie widziałem jej rogi, te nie wyglądały jakby były częścią jakieś przepaski czy przyczepione na jakieś klamry, prawdziwie wyrastały z jej głowy... Jak u prawdziwej diaboliny, takiej o dość kolorowych włosach i niezwykle niskim wzroście, ale wciąż parającej się magią i manipulacją. Miała noże oraz co bardziej intrygujące miała jeszcze bicz, potrafiła zapewne nimi walczyć, biorąc pod uwagę że wiedźma taka jak ona mogłaby żyć kilkakrotnie razy dłużej niż ja i wyglądać tak jak wygląda. Nie zdziwiłbym się, jakby okazało się że potrafił nimi operować lepiej ode mnie, lecz nawet jeśli tak było, to póki nie czyta mi w myślach to wciąż miałem nad nią przewagę wzrostu i najpewniej siły fizycznej, a z elementem zaskoczenia, pewnego dnia żadne sztuczki nie dadzą jej przewagi...

Samo ubranie nie zwróciło na mnie uwagi, z jednym wyjątkiem, wyjątkiem który zapewne właśnie odciągnął moją uwagę od ubrań. Świeże bandaże, biorąc pod uwagę że ciągnęły się pod kamizelką po całym torsie i że wciąż były barwione szkarłatem, były pod nimi wciąż świeże rany... Na tyle świeże że jeszcze się nie zagoiły, a ona głupia z takimi ranami postanowiła gdzieś wychodzić? Czy ściemniała? Jednakże cokolwiek by to nie było, oznaczało że dało się ją zranić, upewniając mnie że może potrafiła swoje, to będę miał z nią szansę. Podchodząc do niej powoli wysuwałem ku niej mą prawą dłoń, jest w końcu ranna, osłabiona, mogłem znienacka zaatakować gdy się tego nie spodziewała, w tak ciasnym pomieszczeniu biczem nic nie zdziała, a ja już byłem tak blisko...
-Jesteś ranna?-
Powiedziałem wskazując bandaże przez które przebijały się plamy krwi, rany które mogła zdobyć oszukując mnie, tak na prawdę ratując mnie od tych którzy mieli mnie zabić, ratując mnie od nich i zdobywając własne rany... Wciąż zdawała się to jakaś opcja godna rozważenia, szczególnie gdy jedyną inną opcją było to że zostałem wyrwany ze swojego świata pojawiając się nagle w jej spiżarce z dżemami.

-Gdzie ci się tak śpieszy gdy spod bandaży wciąż krwawisz? Wydaje się że ja już jestem w lepszym stanie niż ty, może mógłbym pomóc?-
Pytanie głupie, ale zawsze warto spróbować. Skupiając swój wzrok także na samych bandażach, wciąż nie miałem ochoty patrzeć jej w oczy, ale zawsze może uda mi się poznać kolejne jej sztuczki, albo ogólnie dowiedzieć się czegokolwiek więcej. A też cokolwiek ruszała zrobić, sądzę żebym mógł samemu też załatwić, zajmowałem się już na posiadłości polowanie, rąbaniem drewna, tragarz-owaniem, gotowaniem i wiele więcej... Oczywiście też nie spodziewałem się żeby miała skorzystać z mojej oferty, w końcu to nie tak że mogę się przemieszczać w zakresie zaledwie jednego pomieszczenia nie mając nawet dostępu do żadnego zżeracza czasu jak książka, lub chociażby wychodka gdyby zawołała mnie natura.
- Nie, to tylko dżem - zażartowała dziewczyna łapiąc w obie dłonie twoją prawą rękę i "odkładając" ją na twój mostek. Uniosła swoją lewą dłoń z wyciągniętymi do góry dwoma palcami, wskazującym i środkowym. Wskazała nimi na swoje oczy mrużąc je niebezpieczni i potem na ciebie - Widzę cię - skomentowała podchodząc do drzwi do piwniczki. Zamknęła je i prawie od razu usłyszałeś w nich jakieś ciche trzaski. Gdy oddaliła się od nich, te wciąż pozostawały na swoim miejscu.

- A ty, mój drogi, obawiam się, że nie opuścisz tego miejsca zbyt szybko, jeśli dalej będziesz tak uparty. Wytrwałość to dobra cecha charakteru, ale upartość może ci porządnie zaszkodzić... Tymczasem zapraszam na górę - dodała Illiria obracając się w twoją stronę z pół uśmieszkiem. Wskazała eleganckim ruchem dłoni, jakby coś prezentowała, drabinę, opierając na swoim prawym biodrze rękę z biczem w niej. Czekała w tej zabawnej pozycji aż raczysz zawlec swoje szanowne cztery litery na górę. Pytanie tylko, czy miałeś zamiar to zrobić? W końcu to mógłby być dobry moment, aby się uwolnić. Dziewczyna była drobna, zapewne polegała na swojej zwinności i szybkości. W tak małym pomieszczeniu zaś nie miała z nich absolutnie żadnego pożytku. Wystarczyłoby odciąć jej drogę na górę i... Byłaby zdana na twoją łaskę.
Podniosłem znacząco swoje szerokie brwi gdy ta zażartowała o dżemie i złapała moją rękę. Więc nie chciała mówić o tych śladach, ani zapewne tym co się pod nimi kryło. Nie będę też naciskał osoby dzierżącej bicz do odpowiadania na moje pytania, może kiedyś do tego wrócę, ale muszę przyznać że wiedźma miała chyba spore zapasy bandaży. Wracając powoli do swojego normalnego zmęczonego życia spojrzenia, skierowałem na chwilę ku jej twarzy wzrok.
-Współczuje...-

Następnie po odłożeniu świetlistego kamienia na swoje miejsce, stojąc przed drabiną złapałem ją i postawiłem stopę na jej pierwszym stopniu. Odwróciłem się lekko w stronę Illiri odpowiadając na jej zaproszenie.
-Dzięki tej upartości wciąż żyje.-
Odwzajemniając się pół-uśmieszkiem lekko i ukazując nieco swój dość prosty zgryz, prosty za wyjątkiem jednego zęba, konkretniej prawego górnego kła który lekko wysuwał się przed 'szereg' zdając się przez to optycznie nieco większy. Po czym odwróciłem się z powrotem do drabiny i wlazłem na górę, zapewne tam każe mi wejść znów do tamtego pomieszczenia z czym nie zamierzałem się spierać. Będę tam najpewniej sam, a przynajmniej bez wiedźmy i wyrastających ze słoika róż, więc nie ma co narzekać...

Zrozumiałem też że najlepiej będzie to wszystko przeczekać, przynajmniej póki co. Widziałem na własne oczy jak ona zamknęła drzwi do piwniczki, nie użyła żadnej ukrytej wajchy czy dziurka na klucz, wiedźma jak wiedźma używała pierdolonej magii by otwierać i zamykać drzwi. Więc dopóki nie dostanę w ręce siekiery drwala, to nawet jeśli bym ją pokonał i zabił, bym skazał się na śmierć głodową zamykając się w tym miejscu.
- Jest dobrze - prychnęła Illiria wchodząc zaraz za tobą po drabinie na górę. Jak tylko stanęła na podłodze, zamknęła klapę i po chwili usłyszałeś taki sam trzask, co wcześniej. Pewnie to przejście też zamknęła uniemożliwiając ci właściwie opuszczenie piętra. Gdy wskazała ruchem dłoni, byś wszedł do jej pokoju ty, póki co, posłusznie spełniłeś jej nieme polecenie. W środku zauważyłeś, że gdzieś schowała swoją sukienkę i wianek, bo ten drugi nie leżał już na widoku. Dodatkowo na stoliczku stał teraz pękaty, szklany dzbanek napełniony wodą i dwa drewniane kubeczki. Przed stolikiem na ziemi leżał pleciony koszyk, na nim kolejna czerwona, ścięta róża. Na szczęście więcej tych cholernych kwiatów nie było w pokoju, mogłeś spokojnie wrzucić gdzieś pod stolik albo w inny kąt, żeby tylko nie musieć jej oglądać.

Gdy ty już byłeś w środku, Illiria stanęła w drzwiach opierając obie dłonie na swoich biodrach, po chwili podniosła jedną dłoń przed siebie i zaczęła ze skupieniem wyliczać na palcach.
- To tak, jedzenie i picie ci zostawiłam. Piętro wyżej jest łaznia, jakbyś chciał się umyć albo... ummm... poczuł zew natury, możesz korzystać do woli. Bandaże są świeże, nie trzeba ich chyba jeszcze zmieniać. Tylko nie ruszaj ich. Ah i poprosiłam starą znajomą, żeby miała na ciebie oko, jak mnie nie będzie, także bądź grzeczny. Myślę, że za dzień, dwa będę z powrotem. Nie spal mi chałupy do tego czasu - zażartowała na koniec grożąc ci żartobliwie paluszkiem. Obróciła się do ciebie tyłem i jednym skokiem znalazła się na szczycie drabiny. Otworzywszy sobie klapę, weszła na górę i tyle ją widziałeś.
Gdy jeszcze ta mówiła podszedłem do stoliczka, nalałem sobie wody do kubeczka i spojrzałem jak Illiria już wręcz ucieka. Tak szybko jak tylko zaczęła wymieniać co ze mną zostawia jak jakiemuś dziecku, tak szybko zniknęła z progu drzwi wskakując słyszalnie na drabinę prowadzącą na kolejne piętra. Zaśmiałem się cicho pod nosem widząc, bądź raczej nie widząc tego, gdzie ona się tak śpieszyła? Nawet nie zdążyłem się 'pożegnać', a ta w podskokach poleciała na górę, ranna... Nie wiem czemu, ale miałem wrażenie że miało to jakiś związek ze mną... Albo i nie, czasami zapominam że świat nie kręci się wokół mojego cierpienia i przyczyniania się by to trwało jak najdłużej. Nah, zdecydowanie za dużo myślę...

Wypijając do połowy zawartość mojego kubeczka i odstawiając go na stoliczku przy siedzeniu, ruszyłem do drzwi, a następnie do drabiny na górę. Miałem zamiar zobaczyć tą całą łazienkę piętro wyżej, przy okazji od razu rozejrzeć się po całym piętrze... Ciekawe, ciekawe o jaką znajomą jej chodziło, kolejną wiedźmę? A może przedstawicielkę prawdziwie nieludzkiej rasy, jeśli tak, to ciekawe czy cała ta rasa była rasą małych wiedź posługujących się różnymi sztuczkami czy manipulacjami, innymi słowy magią.
Woda na szczęście smakowała zwyczajnie, bez żadnego słodkawego, kwiatowego posmaku. Było to nawet miłą odmianą. Wypiwszy połowę kubka, odstawiłeś go na stoliczek i ruszyłeś na górę. Klapa była opuszczona, ale nie zablokowana, toteż mogłeś ją podnieść i zwiedzić kolejne piętro, które pomimo tego samego rozkładu pomieszczeń wydawało się być nieco większe. Gdzieś w górze nad sobą słyszałeś jeszcze przez chwilę ciche tuptanie, ta "wieża" była chyba całkiem wysoka, ciekawe co było wyżej... Szkoda, że nie miałeś tam dostępu - gdybyś spróbował podnieść klapę na kolejne piętro, ta ani by drgnęła.

Gdy tylko wszedłeś do pomieszczenia, prawie cię zatkało z wrażenia. Ściana naprzeciwko ciebie nie była chropowata jak reszta, ale wygładzona na błysk. Dosłownie. Jasnoszare drewno lśniło w ciemności za sprawą malutkich odłamków tych świecących, białych kamieni poprzyklejanych do ściany. Układały się one wzdłuż takich jakby żył biegnących od sufitu i rozwidlających się ku dołowi. Wbudowana w ścianę i podłogę przed tobą znajdywała się wanna o kształcie półksiężyca. Kilkanaście centymetrów nad poziomem, na którym była jej jedyna ścianka, na ścianie kończyły się te dziwne "żyły" z których do środka wpadały liczne, niewielkie strumyczki wody. Od wanny w kierunku wyjścia na podłodze również wychodziły takie same żyły zanikając w końcu w podłożu. Z twojej prawej strony pod ścianą w podłodze była dziura o średnicy około dwudziestu centymetrów a z lewej stał piękny, malowany we wzór nocnego nieba i lśniących białym światłem motyli parawan. Przez niego przerzucone były jakieś materiały, chyba ubrania a zza cienkiego materiału prześwitywała czyjaś sylwetka oświetlana od tyłu. Niska, niższa chyba nawet od Illiri, a to już był wyczyn.

- Cześć, co tam u ciebie ciekawego? - zapytał dziewczęcy głosik kilka sekund po tym, jak wszedłeś do pomieszczenia - Długo już tu jesteś?
Wieża nie wieża, pewnie i tak trochę zajmie mi odkrycie jej prawdziwej budowy czy wyglądu z zewnątrz, a póki co... Zająłeś się podziwianiem piękna łaźni Illirii, same ściany były dość pięknie zdobione dziwnymi świecącymi kamyczkami. O coś takiego ciężko było nawet na dworze najbogatszej arystokracji, bycie wiedźmą nie było może takie, złe? Wszystkie powierzchnie wyglądały jak wypolerowane dzięki temu świetle, świetle który powoli wiódł mój wzrok do księżycowej balii...

Księżyc, pod którym to tyle dobrych chwil przeżyłem i tą jedną najgorszą. Z początku nie miałem takiego zamiaru, ale widząc to pomieszczenie i nieprzerwanie wpadającą do wanny krystaliczną wodę która to odbijała biały blask kamyczków, będę musiał z niej prędzej czy później skorzystać. Na widok tak luksusowego i czystego miejsca, przypomniałem sobie o swoim starym życiu, oraz że zapewne mi samemu przyda się kąpiel przed następnym pójściem w kimę... Coś takiego będzie niezwykle miłą odmianą od taplania się w korycie rzeki czy nędznie małej balii na drożnej tawerny.

Niestety nagle tą całą dość miłą atmosferę luksusu samotności w lepszym miejscu niż ciemna zimna piwnica, przerwał dziewczęcy głos zza parawanu cudnie pasującej do tego miejsca jak siodło do konia. A już myślałem że trochę będę mógł pobyć sam, a tu już nie wiadomo skąd, nowa dziewoja której sylwetkę za parawanem dopiero teraz zauważyłem. Odwracając się w jej kierunku i tyłem podchodząc do przeciwległej ściany niż do parawanu, westchnąłem zaczynając odpowiadać kolejnej dziewczynce tej wieży.
-Witam, nic ciekawego, tylko sobie zwiedzam wiedźmi domek. Szczerze nie wiem, dopiero co wypuszczono mnie z ciemnej zimnej piwnicy w której ciężko było zachować poczucie czasu.-

Nie wiem co jest z tym miejscem nie tak, że co chwilę znikąd się pojawiają i znikają wiedźmie dziewczynki. Do których jestem zmuszony być miły, bo jak się okazuję to bez ich pomocy nawet nie byłbym wstanie otworzyć pierdolonych drzwi bez klamek ani żadnego mechanizmu, bo kurwa magia, jak bajek. Też nie wiem jak to jest, że będąc w tym miejscu bardziej się powołuję na tą rzetelniejszą stronę mojego wychowania, może temu że miejsce to bardziej pasowało do osoby dobrze wychowanej niż do zwykłego pospólstwa... Cóż, raczej granie chama w tym miejscu nie wyszłoby mi najlepiej.
-Znajoma Illirii? Mam nadzieje że nie przeszkadzam ci w czymkolwiek tam robisz, nie sądziłem że zjawisz się aż tak szybko by mnie 'pilnować'.-
- Wiedźmi? Ale tu nie ma żadnych wiedźm - odpowiedział ci zdziwiony głos - Chodziło mi jak długo jesteś na Elyonie? Ja dopiero wróciłam a już nie mogę wysiedzieć na miejscu - dodała po chwili nieznajoma będąc jeszcze wciąż schowana za parawanem.
Po chwili wyjrzała zza niego by ci się przyjrzeć.

- W sumie to nie za bardzo. Nigdy wcześniej jej nie spotkałam a teraz to już chyba za późno, żeby się poznawać. I byłam tu cały czas - odburknęła mała istotka lustrują cię uważnie od góry do dołu ze zmrużonymi oczami. Jej długie, jasnoróżowe loki tworzyły puchate okrycie dla jej sylwetki i ukrywając przy okazji większą część jej tułowia, sięgały aż po uda. Dziewczyna była bosa a jej skóra miała kolor jasnoszary z odcieniami leciutkiej zieleni i brązu, wzdłuż jej kości policzkowych i po bokach łydek była jakby zgrubiała o fakturze kory drzewa. Nieznajoma odziana była w naprawdę krótkie, skórzane spodenki i za dużą, białą koszulę nawet nie zapiętą na guziki, tylko związaną za rogi z przodu z rękawami kilkukrotnie podwiniętymi.

Gdy ty przyglądałeś się kolejnemu dziwnemu tworowi natury, ten podszedł do ciebie blisko i uśmiechnął się złośliwie.
- Pilnowanie jest nudne. A Ona zabroniła mi się z tobą bawić - powiedziała robiąc obrażoną minę i wydymając policzki z założonymi za piersi rękami - Umiesz ty w ogóle robić coś fajnego?
-Czas w który spędziłem związany w piwnicy plus jakieś pół godziny... Czyli może jakieś dwanaście godzin? Ciężko stwierdzić... A ciebie co, też jakieś licho porwało na tą całą wyspę?-

Świetnie, kolejna poł-człowiekowata w wyglądzie jak i wzroście wiedźma, tym razem zamiast rogów wyrastających z głowy miała korę na mordce. W dodatku mniej białe a bardziej różowe włosy, ktoś tu chyba lub róż i wszelkiego rodzaje kwiaty czy inne rośliny, do tego zdziecinniały wygląd oraz wzrost... Ja pierdole, nie mówcie mi że nawet ta cała Pani tych ziem, jest kolejną kobietą o wyglądzie dziewczynki i podobnym zachowaniu. Nie mówcie mi, że jestem pod łaską dzieci które jeśli spróbuje skrzywdzić, to zwyczajnie nie otworzą mi drzwi, których samemu nie jestem wstanie otworzyć bo trzeba do tej jakiejś ich posranej magii... Co za pojebana sytuacja, niech ktoś proszę da mi topór to se sam wyrąbie drzwi w tej drzewiastej wieży.
-Nie wiedźmy to co? Cen, Cer? Ceranie? Tak się podobno nazywacie? Dziwne że zaprzeczasz bycia jej znajomą, bo sama nazwała cię swoją starą znajomą mówiąc mi o tym że będziesz miała na mnie oko, mam tylko nadzieje że nie jest to jeden z tych całodobowych nadzorów.-

Obserwowałem jak dziwny różowo, szary-drzewny niziołek w zbyt dużych ubraniach do mnie podchodzi. Wciąż oparty plecami o ścianę, podniosłem pytająco brwi gdy wspomniała o zabawach wyglądając przy tym na obrażoną faktem że zakazano jej tych zabawa.
-Jeśli robisz to z przymusu to faktycznie może takie być... Jakiego bawienia mną ci zabroniła?-
Gdy ta pode mną stała i czekała na moją odpowiedź na ostatnie pytanie, rozejrzałem się jeszcze raz po pomieszczeniu z myślą, kto kurwa jest niańką w tym układzie? Myślałem że to mnie miano pilnować, a nie że ja będę miał zabawiać kogoś.
-Zapewne nic fajniejszego co potrafisz ty sama, bądź twoja znajoma.-
- No mnie wręcz przeciwnie, licho porwało z wyspy i wrzuciło w góry. A potem porwało całą wyspę i wrzuciło tu. To nie miało żadnego sensu poza utrudnianiem mi życia! Ale potem spotkałam kogoś... wyjątkowego. I w sumie było warto - odpowiedziała ci dziewczyna radośnie kończąc jednak wypowiedz ze smutną miną i łezką kręcącą się w oku - I teraz strasznie za nią tęsknię, wiesz?

Różowowłosa oddaliła się od ciebie podchodząc do wbudowanej w ścianę balii. Dopiero wtedy zauważyłeś, że jej palce poplamione były czymś niebieskim, co zmywała w wodzie siadając na jej krawędzi. Obróciła się w twoją stronę z przygaszonym, smutnym uśmiechem spoglądając ci w oczy, spostrzegłeś że te jej były jasnożółte i lekko skośne, jak u kota. Czyżby wszyscy w tym pierdolniku byli tak kolorowi?

- Nie, nie, nie rozumiesz. Illiria jest Ceranką, ja nie. Widzisz tu gdzieś rogi albo ogon? - zapytała zeskakując z brzegu wanmny i obracając się przed tobą dookoła dla potwierdzenia swoich słów - Nie wiem jaki to jest nadzór, wiem tylko że jesteśmy zamknięci tutaj dopóki ona nie wróci. Mam nadzieję, że nie umrę z nudów. Nic nie można robić, gryźć, wiązać nawet kłuć, ehhhh... Co wy ludzie w ogóle robicie w wolnym czasie? - zapytała poirytowana obecną sytuacją przechodząc obok ciebie i zeskakując na dół z pominięciem drabiny. W sumie zapewne była tak lekka, że nie poczuła tego.

Znalazłeś się w dziwnej sytuacji, z jednej strony zadbano o potrzeby twego ciała, z drugiej zaś byłeś wciąż zamknięty z jakimś nadpobudliwym, sadystycznym dzieckiem w dwóch pokojach. Pewnie to były te ich metody przekonywania cię do wzięcia róży. Jeszcze kilka godzin i sam bez zachęcania ją weźmiesz byle tylko znaleźć się z dala od tego różowowłosego diabła. Przynajmniej ta istota nie pachniała różami ani nie wyhodowywała ich ze słoika. Szukajmy pozytywów...
-Powiadasz że porwało całą wyspę tu? Że ten cały Elyon? I czym jest to 'tu'?- Gdy mała wiedźma nie będąca ceranką wspomniała o tym że tęskni za tym 'kimś', podniosłem nieznacznie prawą brew pytająco.
-A co się takiego stało, umarła?-

Obserwowałem jak ta zmywała z siebie coś niebieskiego. Niezwykle kolorowo tu i jaskrawię, szczerze nie tak zawsze wyobrażałem sobie te wiedźmie klimaty. Ale cóż, bajki to tylko bajki, a prawdą łatwo jest manipulować, wciąż też miałem skrytą nadzieje że wcale nie wylądowałem na innym świecie. Patrząc jak ta zaczęła się kręcić w miejscu próbując mi coś udowodnić, skomentowałem to krótkim prawdziwym stwierdzeniem.
-Żadnego ogona u Illirii nie widziałem, skoro nie ceranin to co ty jesteś?-

Znów pytająco podniosłem prawą brew gdy usłyszałem jej ostatnie słowa 'zamknięciu tutaj'? Chcecie mi powiedzieć że ona też nie wie jak otworzyć te drzwi i że jestem z nią tu zamknięty na dwa pomieszczenie? Na dodatek jej wspominanie o gryzieniu i wiązaniu nie napawało mnie większym optymizmem, nawet jeśli podniosę pierdoloną różę, to o ile nie jest ona kluczem do tych drzwi to nie zamierzałem się śpieszyć z jej podniesieniem.
-Powiadasz że nie wiesz jak stąd wyjść samej? My ludzie zazwyczaj wolimy nie być zamknięci w tak małej przestrzeni, lubimy wychodzić na zewnątrz by tam się 'bawić', polować, jeździć konno i inne takie. A z atrakcji domowym między innymi lubimy czytanie książek, rozmowy, bale, tańce i uczty, niestety jak zgaduje na takie atrakcje nie mam co liczyć.-

Sam też nie zamierzałem na dłużej zostawać na górze, na kąpiel i cokolwiek innego jeszcze za wcześnie. Za to poczułem ochotę sprawdzić na dolę co nam w koszyku zostawiła Illiria, warto było wiedzieć ile do jedzenia nam zostawiono... I czym było to jedzenie, przy odrobinie szczęścia będzie to, to co mam na myśli. Przy sprawdzaniu samej zawartości koszyka miałem zamiar uważać na różę, najlepiej w ogóle jej nie dotykać, jakoś straciłem kompletnie ufność do tych kwiatów.
- No tu. Kiedyś Elyon był gdzieś indziej, teraz jest TU. Kiedyś nawet jak stanąłeś na brzegu wyspy widać było wokół tylko wodę. Potem puffff i jest tu, przy brzegu - odpowiedziała ci różowowłosa istotka intensywnie przy tym gestykulując. Widać temat i w niej wzbudzał spore emocje. W końcu niecodziennie całe wyspy zmieniają tak radykalnie położenie.
- Nie, nie umarła... Chyba. Rozstałyśmy się. Ale jak tylko załatwię tu swoje sprawy z Panią, mam zamiar wrócić jej poszukać. Wiesz, myślałam, że to tu jest mój dom. Ale teraz chyba... Teraz chyba jest przy Sawie. Po prostu. Rozumiesz? Też masz dom? - zapytała wypluwajac z siebie słowa z zawrotną szybkością podekscytowana. Kimkolwiek była ta jej znajoma, widocznie nie mogła doczekać się spotkania z nią.

- Illiria MA ogon! - krzyknęła podirytowana - Jak wróci to jej zajrzyj pod sukienkę, wtedy zobaczysz! Ale nie ciągnij, ceranie nie znoszą jak się ich ciągnie za ogon i łapie za rogi.
-Dlatego to jest takie fajne
- dodała chichocząc ze złośliwym uśmieszkiem.
- Ja jestem driadą, nie widać? Wy, ludzie, jesteście strasznie niedoinformowani... Niby tyle książek czytacie a wiecie jedno. Wielkie. Nic. Powiedz mi jak to możliwe?

- A jeśli chodzi o te rozrywki to się nie martw, możemy sobie zrobić ucztę i potańczyć. Jak wróci Illiria to może nawet iść na polowanie! Umiesz polować? -
zapytała zaciekawiona znów popadając w słowotok. Jak tylko wspomniałeś o tańcach i balach ta ponownie zaczęła kręcić się dookoła własnej osi i w podskokach podbiegając do klapy na dół. Podążyłeś za nią.

Chcąc sprawdzić zawartość kosza, najpierw przechyliłeś go na bok, by spadł z niego kwiat. Zajrzawszy do środka Ujrzałeś dwa pokrojone bochny chleba, słoik tamtej pysznej marmolady, cztery owoce przypominające ci te normalne, ludzkie jabłka, kilka garści orzechów woreczku i zawinięte w szmatkę, upieczone w skórce ziemniaki, jeszcze ciepłe i posypane ziołami. Z boku znalazłeś również mały, drewniany nożyk, wystarczająco ostry by pokroić chleb ale z zaokrąglonym końcem. Nikogo byś nim raczej nie zadźgał.
-Dzięki, teraz zdecydowanie wiem gdzie jest 'tu'.-
Niezwykle pomocna i nawet bardziej kumata od jej 'znajomej'... Tak serio, to jak się stało że to ona mnie pilnuje? Zachowuję się trochę jak dziecko, sadystyczne dziecko w świecie dorosłych. Ale kto jej zabroni, przynajmniej w takim stylu życia wydaje się być szczęśliwa, więc można jej nawet pozazdrościć tej 'dziecięcej głupoty'.
-Jakbym ja miał wciąż kogoś tak ważnego, to by nie odchodził od niej nawet na krok... Ale niestety od dawna nie mam ani domu, ani kogokolwiek tak bliskiego by za nim tęsknić. Rozumiem co masz na myśli, i ci nawet zazdroszczę. -

Nie wiem czy mam ochotę zaglądać Illirii pod sukienkę, ale chyba mogę w to uwierzyć jeśli wszyscy próbują mi to wmówić i się irytując moim niewierzeniem w ich słowa. Za to warto wiedzieć o ich 'słabym' punkcie, tylko pytanie w jakim sensie tego nie znoszą, jest to dla nich nieprzyjemne, przyjemnie irytujące, a może łaskoczące? Warto będzie kiedyś sprawdzić by się przekonać, a słysząc od małej driady że jest to dosyć fajne, to nawet się lekko zaśmiałem. Wyglądało na to że ona sama lubiła to robić, będę mógł to, znaczy ją, wykorzystać przeciwko Illirii. Nie mogę jej skrzywdzić bo stąd nie wyjdę, ale mogę przez 'zabawy' ją zbadać, by jakoś zabić nudę i dowiedzieć się więcej o tym czułym punkcie jakim były rogi wraz z ogonem.

Schodząc za nią zacząłem się zastanawiać nad 'driadami'. Niby o nich kiedyś czytałem, ale w mitologicznych powieściach były opisywanie nieco inaczej, humanoidalne kobiece i mordercze sylwetki wykonane z drewna o grubiej korzy. Miały one ostre zęby, długi pazury, oraz długie ciernie imitujące włosy o niezwykle wielkich zabójczych kolcach.
-Driadą? W moich stronach były o was tylko opowiadania dla dzieci i trochę powieści, ale te opisywały was zupełnie inaczej... U mnie na ogół byli tylko ludzie... I ludzie, słyszałem czasem o szaleńcach próbujących stworzyć coś nowego za pomocą alchemii, ale ostatecznie, z tego co mi wiadomo to na moim świecie prócz zwierząt był tylko rodzaj ludzki.-

Lekko uśmiechnąłem się na wydźwięk uczty i znalezienie w koszyku wciąż ciepłych upieczonych ziemniaków w skórce, warto byłoby je zjeść nim wystygną. Postanowiłem wyciągnąć ziemniaki zawinięte w szmatkę stawiając je na środku stolika tak by driada też mogła się poczęstować. Samemu od razu zabrałem się za pierwszego ziemniaka, popijając go drugą wciąż do połowy pełnym kubkiem wody. Ale to nie wszystko, nim jeszcze ugryzłem swojego ziemniaka, wyjąłem z koszyka słoik marmolady wraz z nożem, by następnie posmarować trochę swojego ziemniaka marmoladą z dzikiej róży. Dawno nie miałem takiego bufetu, warto było z tego korzystać, a nawet jak mnie wychowano po części jak arystokratę, to gdy byłem mały uwielbiałem po kryjomu tworzyć takie dziwne mieszanki... Może stąd też moje umiłowanie do alchemii?
-Więc o to jest nasza uczta, już jestem ciekaw jak będą wyglądać tańce... Umiem polować mała driado, i to nawet dobrze, ale szczerze wątpię by Illiria miała mnie stąd wypuścić przez najbliższy tydzień. Zresztą z tego co zauważyłem, to woli ona zajmować się produkcją dżemów i marmolad w swojej piwnicy niż polować...-
- Wciąż? - zapytała driada gdy dałeś jej swoją dobrą radę - Uh, przykro mi - dodała robiąc smutną minę i siadając na skraju balii w pokoju Illirii. Mimo, ze znałeś ją dopiero kilka minut zauważyłeś, jak nietypowym było dla niej takie przygaszone zachowanie a jednocześnie mogłeś odczuć wdzięczność, ze postanowiła jednak nie drążyć tematu. Nie miałeś ochoty wspominać ani mówić o Ruzy. Na szczęście różowowłosa jakby to rozumiejąc szybko zmieniła temat.

- A to całkiem normalne, Elyon zawsze był ukryty w barierze utkanej ze światła i mgły, normalnie ludzie nie wiedzieli, że gdzieś tam w oddali na wielkiej wodzie jest wyspa pełna magii Tooo znaczy... Niektórzy dowiadywali się i później opowiadali historie o pięknych kobietach wabiących ich do lasu, by później okazać się krwiożerczymi potworami - różowowłosa zachichotała szczerząc białe ząbki - I zaczęli nazywać nas driadami. Prawdziwa nazwa dzieci ziemi to Arbeor, ale nikomu nie chce się jej używać. Więc jesteśmy driadami.

- A, właśnie! Może nie jesteś driadą ani ceraninem, ale jeśli chcesz, możesz zostać naszą rodziną. Jestem pewna, że Pani pozwoli ci tu zostać, jeśli będziesz grzeczny -
dodała z szerokim uśmiechem na twarzy patrząc na ciebie wyczekująco. Chyba oczekiwała jakiejś... Radości? Wdzięczności? Ale zamiast skakać ze szczęścia ty zacząłeś po prostu robić sobie jedzenie, tworząc przedziwną mieszankę, na widok której mała istotka zrobiła przerażoną minę.

- O nie! Zmieniłam zdanie co do tej rodziny, jesteś czystym złem! To był kiedyś całkiem dobry ziemnior! Bueeeeh - wykrzyknęła dramatycznie driada udając, że wymiotuje. Doprawdy, interesujące z niej stworzenie.

- Dlaczego wątpisz? Nie zamierzasz przyjąć tej róży? Czego się tak boisz? Przecież i tak straciłeś już to, co najważniejsze - dodała to ostatnie jakimś dziwnym, mroczniejszym i głębszym głosem pochylając głowę tak, aby włosy przesłoniły jej całą twarz.
'Przykro'? Nie ma czego, nie ma za co, otrzymałem to na co sam sobie zapracowałem, wszystko w pewnym sensie zasłużone... No może nie wszystko, ale wciąż prawie wszystko. Jednakże wciąż miło, że ta nie postanowiła tego drążyć, po tak rozmownej i rozwydrzonej istotce spodziewałem się czegoś innego.


-Ciekawie, arbeor? Małe, kolorowo ładne lecz krwiożerce istotki, lecz czy dobrze rozumiem że wszystkie driady to tylko kobiety? Jak się w takim razie rodzicie? Chyba nie wyrastacie z ziemi...-
Arbeory, mówi mi to jeszcze mniej niż 'driady', zresztą czy takie piękne? Może się nie znam, ale czy tak wielu ludzi dało się wabić 'pięknościom' o może cudnie kolorowych włosach, lecz szarej i wręcz zdrewniałej skóry miejscami? Do tego ta dziecięca wciąż niedojrzała uroda...

Członkiem ich rodziny? Chyba szybko wróciła do swojego dziecinnego zachowania, jakiej rodziny? Zresztą znamy się ledwie kilka chwil a ta mi już coś takiego proponuję... Nie szukam rodziny, ani pozwolenie od ich Pani kimkolwiek ta jest, tym bardziej też nie będę szukał jej łaski dopóki wiem o niej tyle ile teraz, czyli nic. Całe szczęście dość szybko odwiodłem ją od tej myśli, lekko szczerząc swoje zęby ukazując swego 'uroczego' kła, bez żadnych dość skutecznie zmieniłem temat prawie natychmiastowo.
-Tylko upewniam się, że nikt mi tego ziemniora nie podbierze.-
Lubię mieszać różne rzeczy, zazwyczaj temu nikt nie miał nic przeciwko, może temu że nie było nikogo przy mnie przez dłuższy czas. Takie moje małe dziwactwo które zachowało się od młodzieńczych lat, z którego to wciąż nie zdążyłem wyrosnąć, nie miałem też ku temu powodu.

-Tak straciłem, w pewnym sensie wszystko to straciłem przez zasrane róże, nie zamierzam więc już po żadną więcej sięgać, nigdy... Nie ma co się kaleczyć o jej kolce, teoretycznie wciąż mam życie. Co nie?-
Mrocznym dziwnym tonem rzekła, za swymi włosami się schowała, ale czy to co ja właśnie powiedziałem było takie różne? Głos mogłem mieć podobny, lecz zamiast tego lekko śmieszkowałem z tej sytuacji, wciąż próbowałem się trzymać z dala tych run. Jak ognia wręcz, bojąc się ich czy nie, nienawidziłem ich a jednocześnie je kochałem, nie zamierzałem lecz po nie nigdy sięgać. Miałem już swoją 'różę', nie potrzebuje kolejnej, chce by ta ostatnia, wciąż pozostała tą ostatnią...


Pytanie, za pytaniem, może czas teraz na jakieś z mojej strony? Wciąż mam wrażenie że wiem prawie... Nic. A ta driada wydaje się być nieco bardziej skłonna do odpowiadania na pytania niż Illiria, do tego jej chyba znacznie trudniej było zamilknąć. Warto to wykorzystać by chociaż po części dowiedzieć się na temat kilku rzeczy... Na które pytania będę zadawał po kolei, nic za szybko, na spokojnie. Wciąż liczyłem że bycie 'grzecznym' doprowadzi mnie do czegoś, 'dobrego' dla mnie. Skoro nie mogłem samemu stąd uciec, to nie było co być palantem...
-A tak właściwie driado, czemu wróciłaś na ten cały Elyon? Wydajesz się nieco tego żałować, czyżby coś cię po przybyciu tu zawiodło?-
- Masz coś do wyrastania z ziemi?! - wykrzyknęła driada oburzona zakładając ramiona na piersi i patrząc na ciebie spode łba. Szybko jednak się uspokoiła wracając do swojej normalnej, radosnej wersji. Nie na długo jednak, bowiem gdy przesłoniła twarz kurtyną różowych loków, jej głos zabrzmiał inaczej, mroczniej, jak nie ona.

- Róże to tylko kwiaty, chłopcze. To my decydujemy czy rosną z ziemi napojonej krwią czy słońcem. Róże mają kolce, ponieważ bez nich byłyby bezbronne a wy, ludzie, uwielbiacie niszczyć bezbronne piękno, gdy się wam da okazję - odpowiedziała ci niskim, gardłowym głosem tak innym od jej poprzedniego wesołego szczebiotu. Ignorując twoje dalsze pytania driada podeszła do kwiatu, który ty wcześniej strąciłeś z koszyka i chwyciła delikatnie łodygę w obie dłonie nie przejmując się tym, że kolce wbiły się w jej skórę i krew w tym samym kolorze co płatki kwiatu zaczęła ściekać po jej rękach aż do łokci, kapiąc na ziemię. Pochyliła głowę nad różą praktycznie zanurzając swój nos w niej. Zobaczyłeś jak po policzkach różowowłosej spłynęły pojedyncze łzy.

- Żałuję jedynie dlatego, że gdzieś tam, poza wyspą jest ktoś, kto ma moje serce. Serce, które łamie się na myśl, że muszę wybierać... Ale dla ciebie Elyon to szansa, człowieku. To piękne miejsce, najpiękniejsze, jakie w życiu widziałam... - powiedziała cichym głosikiem podchodząc do łóżka i rzucając się na nie twarzą w dół. Wyglądało na to, że póki co twoje zapasy jedzenia były bezpieczne.
-Chyba nii...-

Zamilkłem gdy nagle jej głos się zmienił, coś się stało? Coś złego powiedziałem? Czemu mam dziwne wrażenie że coś podobnego już się stało, z Illirią, wtedy kiedy zaczęliśmy temat róż, a teraz znów.... Pojawił się ich temat, pojawiły się nagłe zmiany w mych rozmówczyniach, jeśli to miało mnie przekonać do podniesienia tej ich róży, to te zagranie odnosiły zupełnie przeciwny efekt...

Nie byłem sam pewien co mam jej odpowiedzieć, nie przy tak nagłej zmianie tematu i nastroju... Mimowolnie aż odechciało mi się jeść, odkładając rękę w której trzymałem tego ziemniaka na stoliczek, obserwowałem tą driadę, co czyniła, jak się zachowywała, co się z nią działo.
-Jak rozpoznać więc jedne od drugich, czym rozróżnić pojedynczą różę skąpaną w słońcu od tych napojonych krwią. Nie wiem o co ci chodzi, ludzie błękitnej krwi od dawna zaczęli jedynie uosabiać się z tym pięknem i je pielęgnować, jednocześnie doskonaląc się jedynie w knuciu i zabijaniu się nawzajem dla własnych korzyści... A wszyscy niżej próbują zwyczajnie przetrwać.-

Sam jestem człowiekiem, czy tego chce czy nie, przyszedłem na swój świat nie z wyboru, tak samo nie z własnego wyboru przeżyłem masakrę mojego rodu... Ale z wyboru doprowadziłem do kolejnych, bo może na tym świecie róże to tylko kwiaty, zwykła roślina służąca jako narzędzie do magii, która może nie różni się tak bardzo od alchemii. W moim świecie róże to nie były tylko kwiatami, nigdy nie zapomnę czerwonych ogrodów, ogrodzonych czerniami, wypełnionym w większości najbardziej pospolitymi czerwonymi różami, gdzie te rzadsze miały swe specjalne miejsca. Każdy ród niezwykle cenił, wręcz czasami czcił swój herb, Rozvertowie tej tradycji nie odstępowali... Róża, oznaczała Rozverta, Rozvert oznaczał różę, spróbuj zerwać, a się skaleczysz. Kiedyś w moich oczach najpiękniejsze, a teraz kojarzące się tylko z rozpaczą i nienawiścią do wszystkiego ...

-Nie prosiłem o tą szansę, na pięknie przestało mi zależeć dawno temu. Możesz wybrać rozdarta emocjami, bądź czekać z wyborem do momentu gdy późno, najważniejsze byś swym wyborem nie doprowadziła się do cierpienia.-
Łapanie róży za jej kolce i wbijanie je w swoje opuszki palców, pozwalanie strużce krwi oraz pojedynczej łzie na płynięcie... Wyraźnie przy mnie, bym sam to widział, do czerwicy nie wiem o co tu chodziło, ale nie zamierzałem na to patrzeć ani tego słuchać. Łapiąc swojego ziemniora w zęby, wyszedłem z pomieszczenia kierując się ku łazience na górze. Jeśli łaskawie mi nikt nie przeszkodzi to chętnie wezmę kąpiel, najlepiej mi się zawsze myśli we wodzie bądź w chodzie. Zamierzałem przymknąć za sobą drzwi, których zapewne to wciąż nie byłem wstanie zamknąć ale się też tego upewniłem. Dokończyłem swoje ziemniaka, zajrzałem za parawan, może bym odkrył co w nim wcześniej robiła driada, a jak nie, to jeśli nikt postanowił mi nie przeszkadzać, zwyczajnie rozebrałem się do gaci i wlazłem do wanny siadając w niej plecami do drzwi, starając się pierwszy raz od dawna... Zrelaksować.
- To bardzo proste. Jedne pachną słodko, drugie upajająco, chłopcze...

Driada dalej już nie kontynuowała z tobą rozmowy, leżała dalej niczym obrażone dziecko na łóżku z zakrwawioną różą w dłoni, pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy, że wciąż ją trzymała. Mając już zdecydowanie dość emocji i dziwnych rzeczy, które działy się zarówno z tamtą ceranką, jak i teraz z driadą. Zdecydowałeś się zatem iść na górę, do "łazienki".

Drzwi udało ci się przymknąć, ale nie zamknąć całkowicie. Prawdopodobnie gdybyś podłożył pod nie jakiś materiał, ten by przytrzymał je domknięte. Kończąc jedzenie swojego wynalazku zajrzałeś za parawan, tam ujrzałeś trochę rozmazane już "malowidła" na jasnoszarym drewnie. Jednym była ludzka twarz bez włosów ani ust czy nosa z jakimiś maziajami pod oczami, nie byłeś pewien, czy efekt był celowy, czy "artystce" po prostu rozmazały się oczy narysowane węglem. CO zaś samych oczu się tyczy, ich białka pokolorowane były na czarno, zaś środek zostawiony był pusty.

Kolejne "malowidło" również przedstawiało twarz, tym razem już z nosem i ustami, była to chyba kobieca buzia z prostymi, czarnymi włosami. Jej tęczówki i usta pomalowane były na czerwono chyba krwią. Ciekawe czy to właśnie to malowała różowowłosa, gdy wlazłeś poprzednio do tego pomieszczenia? Czy może tylko przyglądała się? Mogłeś jedynie zgadywać. Miałeś jednak w tej chwili coś innego do roboty niż zgłębianie psychiki małej driady, toteż rozebrałeś się wchodząc do wanny. Czułeś, że woda w niej nie stała, był delikatny prąd a sama temperatura cieczy była raczej chłodna. Dość nieprzyjemne zaskoczenie, ale w sumie tobie zimno nie przeszkadzało. Opierając się o jeden brzeg wanny byłeś spokojnie w stanie rozprostować nogi i rozłożyć ramiona na bok. Może nie na całą szerokość, ale na pewno drugi taki jak ty spokojnie by się tam razem z tobą zmieścił. Ciekawe, mimo że i ceranka i driada były dość małe, łóżko, balia i ta wanna miały raczej standardowe jeśli nie nawet duże rozmiary.
Stron: 1 2