Nekron - forum PBF

Pełna wersja: Międzyrzecze Neru
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
W środkowo-zachodniej części bagien, w widłach rzeki Neru napotkać można wiele porzuconych drewnianych konstrukcji, platform i kładek. Nie wiadomo jaki lud je pozostawił, lecz jedno jest pewne - dawno już stamtąd odszedł. Zejście z kładki jest zawsze bardzo ryzykowne, teren jest bardzo podmokły i łatwo jest się dosłownie zapaść i utopić w błocie. Sporo tu gęstych krzewów i zarośli, dookoła nich oraz gdzieniegdzie rosnących karłowatych liściastych drzew oplatają się liany i pnącza. Mało tu zwierzyny lądowej, można zaś napotkać sporo robactwa i ptaków.

Wszędzie słychać odgłosy okolicznej zwierzyny, szuranie traw, chlupotanie wody i rechot podobny do żabiego, jednakże ciężko cokolwiek dostrzec poprzez wiecznie snującą się tu mgłę, która ogranicza widoczność do kilkudziesięciu metrów.

W samych zaś widłach rzeki są pozostałości wioski, dookoła niej zrujnowana palisada z jedną niepewną kładką prowadzącą do środka. Przez to, że ruiny otacza głębokie cuchnące bagno, nie da się inaczej dotrzeć do środka.
[WPROWADZENIE POSTACI VELIO]

Przez chwilę leciałeś w powietrzu przekonany, że umrzesz. Jedno mrugnięcie i po otwarciu oczu dojrzałeś nie to samo niebo co wcześniej, lecz wszechobecną mgłę i ciemne korony wielkich drzew nad tobą. Wpadłeś z głośnym pluskiem do bagna, może to i nawet dobrze się złożyło, bo dzięki temu przeżyłeś upadek.

Woda dookoła ciebie była gęsta, mętna i cuchnąca, o dziwo również całkiem ciepła, wypłynięcie z powrotem na powierzchnię nie było jednak zbyt dużym problemem dla ciebie. Dojrzałeś kilka metrów przed sobą drzewo z rozłożystym pniem tworzącym jakby małą wysepkę na środku rozlewiska a nieco na północ od ciebie majaczyła jakaś... jakby kładka?
Gdzie on był? Jak się tu znalazł i czy horda dokonała udanej inwazji? Na żadne z tych pytań odpowiedzi nie znał. Wiedział jedynie, że leżał w jakimś bagnie i nie miał ze sobą żadnych żołnierzy! Cholera, był sam! Nie mógł wydać rozkazów, posłać zwiadowców i próbować ogarnąć sytuacji. Nie dobrze, był zdany na siebie. Ale nic to, nie z takich sytuacji wychodził cało. Wygrzebał się z wody, podniósł broń i rozejrzał się. Niewątpliwie było to bagno i był głodny. Tak, pora coś zjeść. Najlepiej krowę, ale i człowiekiem, lub gnomem się zaspokoi. Nie zważając na nic wlazł do wody i podpłynął do kładki. Skoro były tu kładki, to musieli być i ludzie, czyli jedzenie i niewolnicy. Aż oblizał wargi.
Kiedy już dopłynął do kładki z łatwością wszedł na nią i zaczął iść w stronę, gdzie zdawało mu się bagno się rozrzedzało. A może przez tę mgłę mu się jedynie zdawało? Nie ważne, musiał coś zjeść i znaleźć jakieś legowisko.
Płynąłeś do majaczącej na granicy twego wzroku kładki, a im bliżej niej byłeś tym mgła zdawała się coraz zagęszczać, gdy dopłynąłeś do kładki byłeś już wstanie widzieć jedynie to co jest kilka metrów przed Tobą a sama mgła była tak gęsta że wydawała się być wręcz namacalna. Wchodząc na drewnianą kładkę ta trzeszczała pod twoimi stopami jak by miała w każdej chwili pęknąć i znów wrzucić się w bagnistą wodę.

Stojąc już na przegniłej kładce która ledwo utrzymywała twój ciężar zdałeś sobie sprawę z tego że bagna te były niezwykle ciche, milczące wręcz. Nie słyszałeś żadnych stworzeń, jedynie targające wiatrem gałęzie jak i podmuchy wiatru same w sobie szepcząc Ci niezrozumiałe świsty. W takich warunkach ciężko było Ci ocenić w którą stronę kładek pójść, tak więc postawiłeś na instynkt i ruszyłeś na lewo od miejsca z którego się wynurzyłeś.

Po kilku minutach stąpania powoli po rozpadających się kładkach i męczeniu się ze wyjmowaniem nóg z ewentualnie nowo powstałych dziur dotarłeś do miejsca gdzie mgła zaczęła się rozrzedzać a kilkadziesiąt metrów dalej prześwitywała przez biel palisada, kładki prowadziły do przerwy w palisadzie która zapewne była bramą a w niej widziałeś parę ludzkich sylwetek... Dobrą stronę wybrałeś.
Nie lubił bagien - wilgotno i mało przyjemnie. Zdecydowanie bardziej wolał góry, czy lasy, tam było całkiem w porządku. Jednak musiał wyjść z tych bagien, albo znaleźć lepszą drogę, bo ta nie wygląda zbyt solidnie, nie to, że brodzenie w wodzie mu przeszkadzało, jednak wolał nie utonąć. Wtem zobaczył, jak gdzieś w oddali zamigotały kontury osady i jakichś istot. Do tego przy bramie ktoś stał. Jedzenie samo się znalazło, wspaniale - pomyślał oblizując czarnym językiem równie czarne zęby.
Chwycił mocniej maczugę i ruszył w stronę osady, już czuł, że krew mieszkańców nakarmi jego broń, a on pożre ich ciała. Kierowały nim niskie instynkty i nie krył tego, dzięki temu, że unikał wyższych uczuć jeszcze żył.
Wciąż nie biegnąc lecz krocząc szybszym tempem w stronę osady musiałeś ciągle brać pod uwagę te drewniane rozpadające się kładki, ale sama osada musi stać na twardym gruncie więc tam wszelka ostrożność zostanie porzucona na rzecz rzezi i żarła wszystkiego co napotkasz. Będąc coraz bliżej wydawało Ci się że sylwetki zaczynały powoli znikać Ci z oczu, nie wiesz co to za sztuczki, pewnie się po prostu schowali...

Docierając na twardy grunt i stojąc przed wejściem do osady ujrzałeś w jak złym stanie jest ta palisada który zza tej mgły wydawała się być w lepszym stanie, powyłamywane bądź brakujące w niektórych miejsca bale drewna, robiąc parę kroków w przód ujrzałeś jedynie pusty plac, wydeptane ścieżki, stare domki oraz inne budynki z zzieleniałego próchniejącego już drewna które oddzielały od siebie kanaliki brudnej mętnej wody. Byłeś pewien że kogoś tu widziałeś a będąc w samej osadzie mgła rozrzedza się powoli ukazując osadę wyglądająca jakby przeszła przez nią jakaś plaga która zabrała wszystko i wszystkich... Kolejne sztuczki, tak musiało być w końcu ostatnie co pamiętasz przed pojawieniem się na tym bagnie to walkę w zamkowej wieży z jakimś monstrum zapewne oszalałego maga. A jeśli faktycznie jesteś tu gdzie jesteś a to miejsce zostało pożarte przez jakąś chorobę, to gdzieś musiały być trupy...
Sztuczki. Pogrywali z nim, choć te pewnie przez te bagno. Opary szkodziły mu ma głowę i trafił do jakiejś pustej osady. Najgorzej, ani jednej żywej istoty, ani też martwej istoty. Więc co mu pozostawało? Siedzieć tutaj i czekać, aż bagienne opary całkowicie wejdą w jego umysł? Nie, miał inne wyjście.
Nie oglądając się za siebie wyszedł przez bramę i udał się w kierunku z którego przyszedł. Musiał wyjść z tego bagna i znaleźć coś do jedzenia.
Nie miałeś czasu na pałętanie się po zdewastowanej bagiennej osadzie, jedyne co byś mógł tu znaleźć to zapewne jakieś choróbsko na które nie miałeś teraz smaka, zawróciłeś więc i ruszyłeś po kładkach w przeciwną stronę widząc jak dziwna mgła znów zżera cała osadę ograniczając twój widok do takiego poziomu że jedynie wiedziałeś gdzie postawić następny krok by nie wpaść znów do bagnistej wody.

Droga na kładkach zdawała się dłużyć wraz z każdą minutą kroczenia po nich a same bagna były niepokojąco ciche dając głos jedynie twym krokom uderzającym o te drewniane spróchniałe kładki, do momentu... Nagle usłyszałeś jak na lewo od Ciebie coś duże wpadło albo wpełzło do wody, zatrzymałeś się na moment i posłuchałeś, życie z jednym okiem wyostrzyło Ci też inne zmysły, dobrze czułeś każdy smród tych bagien oraz byłeś wstanie wyłapać odległy na kilkanaście metrów ruch wody który w tej ciszy był dla twych uszu wyraźny i coraz głośniejszy. Nie byłeś wstanie zobaczyć co to widząc jedynie kładki i zielonkawą wodę bagien metr przed sobą, jednakże to coś się zbliżało, może to jakaś bagienna istota która sama postanowiła wskoczyć Ci do gęby.
Słysząc, że coś płynie za nim, Velio warknął i zacisnął mocniej łapę na rękojeści buławy. Lekko się zgarbił i zaczął nasłuchiwać. Nie mógł zeskoczyć do wody i walczyć w niej, bo wtedy byłby na terenie stwora, który siedział pod kładką. Pozostawało czekać, jednak nie sprawiać wrażania, że się wie o poczynaniach stwora pod nim. Zaczął powoli iść i łypać okiem na brzegi kładki, aby dostrzec ewentualny atak. W sumie ciekawe, czy gdy już zabije to, co próbuje zabić jego będzie dało się zjeść? Trzeba to sprawdzić później.
Drewniane kładki które wręcz stykały się z bagnistą wolnostojącą wodą trzeszczały wraz z każdym twoim krokiem gdy nieznana Ci bestyja bez żadnego dźwięku nurkowała pod taflą wody prawdopodobnie zbliżając ku Tobie, pytanie jednak z której strony zaatakuje wynurzając się, z lewej strony kładki czy prawej? Brzegi kładki były ledwo widoczne a wraz z nimi zaledwie kawałek mętnej wody...


Krok po kroku szedłeś przed siebie po kładkach które nie przynosiły pewności siebie której na szczęście komuś takiemu jak ty nie brakuje... I dobrze bo potrzebowałeś jej przy następnym kroku podczas którego cała kładka pod twoimi stopami się zawaliła wystrzeliwując kawałki drewna w powietrze i wciągając Cię pod mętną wodę z której próbując od razu się wydostać spostrzegłeś że wciąż Cię coś ciągnęło, w okół twej stopy zacisnęła się szczęka czegoś co po pierwszym spojrzeniu w mulistej wodzie wyglądało jak duże połączenie krokodyla i salamandry o sześciu odnóżach, czterach z przodu ciała i dwóch w tylnej części, ciało tego czegoś mierzyło dobre trzy metry a może nawet więcej, jednakże połowa tego stanowił długi bocznie spłaszczony ogon. Tępe begienne stworzenie ugryzło Cię tam gdzie akurat twe ciało było przysłonięte stalowymi płytami, jednakże pod wodą nawet komuś takiemu jak ty ciężko będzie zamachnąć się buławą będąc jednocześnie ciągnięty w inną część bagien...
Szlag by to. Nie dość że wpadł do wody, to jeszcze coś użarło go w nogę. Im dłużej w tym świecie, tym dziwniej. Jednak Velio nie miał zamiaru się poddawać, nie był pierwszym lepszym wojownikiem z przypadku. Nie miał oczywiście kiedy nabrać dość powietrza, aby długo wytrzymać pod wodą, a i walczyć tu bronią było trudno. Wykonał więc najmądrzejszy - w jego myśleniu - ruch. Próbował sięgnąć łapą do tego, co trzymało go za nogę i złapać stwora za łeb, a następnie go ścisnąć. Mało znał stworów, które wytrzymywały jego chwyt. Jeżeli oczywiście uścisk by się rozluźnił, on natychmiast próbowałby uciec na powierzchnię.
Ciągnięty przez to stworzenie na lewo i prawo w głąb mulistej wody bagien stojących wokół całego rozwidlenia Neru, nie wiesz w jakim kierunku było ciągnięty a każdy zamach tego stwora na boki swym oraz twoim ciałem utrudniał Ci jakiekolwiek poruszanie się. Skuliłeś się powoli zginając nogi między kolejnymi szarpnięciami stwora i wolną dłonią poruszaną na wszystkie strony przez siłę szarpnięć w końcu złapałeś za łeb tego czegoś, a przynajmniej tak Ci się zdawało gdyż wydawało się być bardzo szeroki i płaski. Ściskając to ze irytacją oraz szałem malującym się na twej twarzy czułeś jakbyś próbował zacisnąć pięść na kamieniu, gdziekolwiek to złapałeś miało to niezwykle twarde i grube kości w tymże miejscu.
Widać pokrak ciągnący Velio głębiej w wodę był inny niż stwory, które znał. Pozostawało zmienić taktykę. Velio skupił się i próbował... szarpać potworem. W końcu był silnym stworem i miał jeszcze trochę siły. Drugą nogą próbował kopnąć stwora w głowę i zrzucić jego łeb. Ręką, którą "wymacał" jego głowę zaczął go w nią uderzać i szukać jego oka, aby wsadzić w nie palec. Odkładał łeb stwora łapą i nogą miał nadzieję go z siebie zrzucić.
Uderzałeś wściekle pięścią głowę tego czegoś oraz nogą kopałeś oszalale, może i nie czułeś bólu lecz brak powietrza już tak, a z tak niewielu potrzeb jakie miałeś w swym życiu to była jedna z ważniejszych. Okładając to coś, szarpiąc i drapiąc wciąż nie puszczało, nie zwalniało uścisku a chyba nawet go wzmacniało, już drąc się pod wodą zaczynałeś bez opamiętania atakować to wszystkim czym mogłeś aż w końcu znalazłeś na tego głowie jakiś miększy punkt. Nie miałeś czasu sprawdzać co to, czy to oko czy coś innego bez opamiętania wbiłeś w to szponiasty pazur na co bestia w końcu zareagowała. Zacząłeś czuć przewspaniałą swobodę, gado-płazowy stwór odpuścił puszczając twą nogę a ty nawet nie pomyślałeś o tym by się jej odwdzięczyć lecz poszybowałeś w górę by zaczerpnąć tchu, ciężki rynsztunek tego nie ułatwiał lecz twa siła oraz żądza przetrwania odrzucały wszelkie przeszkody.

Wyłaniając się z wody łapałeś ustami powietrze, wręcz wyszarpywałeś je do swoich ust wydając przy tym głęboki gardłowe dźwięki, tlen w twych płucach przywracał siłę twemu ciału. Na powierzchni jednakże dziwna mgła była tak samo gęsta jak wcześniej, nie widziałeś nic prócz mętnej wody bagiennej wody parę metrów w każdym kierunku od Ciebie.
Gdy już zdołał wydostać się z pod wody i nabrał powietrza wydał z siebie ryk, który słyszalny był zapewne na dużym obszarze. Próbował utrzymać się na wodzie, następnie zebrał z pod wody maczugę. Złapał ją obiema rękoma i korzystając z adrenaliny, która nadal była w jego ciele energicznie płynął przed siebie z całych sił. Domyślał się, że wściekły stwór zapewne zacznie szukać na nim zemsty. Zasadniczo on i potwór byli tacy sami - drapieżnicy polujący na jedzenie. Może gdyby pokonał stwora na swoich warunkach, to zmusiłby go do posłuszeństwa. Tak samo, jak on i jego pobratymcy łapali wagi, dominowali je i zmuszali do posłuszeństwa. Oczywiście dbali oni o swoje wierzchowe, dzielili się z nimi zdobyczą i leczyli w razie ran. Agakay i jego warg byli jednością. Dzielili zwycięstwa i porażki, więź ich była na tyle silna, że zwykle warg ginął razem ze swoim właścicielem i jeden walczył za drugiego. Na razie jednak Velio musiał dostać się do jakiegoś lądu, ewentualnie znaleźć kładkę i wydostać się z tego przeklętego bagna.
Płynąłeś przed siebie, nie wiadomo gdzie byle by znaleźć ląd gdzie byś miał znacznie większe szanse z mieszkańcami bagien, w końcu wystarczyło by jedno zamachnięcie twą bronią i żadna kość by nie oparła się bez złamania czy pęknięcia. Myśląc już nawet o oswojeniu stwora wciąż musiałeś mieć na myśli że ta gdzieś pływała sobie w okół Ciebie widząc znacznie więcej pod wodą niż ty na jej powierzchni.

W końcu po kilkunastu sekundach dotarłeś na niepewny ląd porośnięty mchem i trawą, podciągnąłeś się na powierzchnie gdyż coś takiego jak płycizna wydawało się tu nie istnień nawet pod samym brzegiem woda była na tyle głęboka byś nie mógł dosięgnąć dna. Na gruncie który lekko uginał się pod twoimi stopami czułeś się znacznie lepiej, po bestii nie było ani śladu ani słychu a pancerz na twojej nodze doznał wyraźnych wgnieceń po spotkaniu z nią. Wyglądało też na to że byłeś na jakimś szerokim cyplu więc lądem miałeś drogę przed siebie środkiem bądź lewym brzegiem lub prawym... Niewiele opcji no chyba że brałeś pod uwagę powrót do wody a wszechobecna masakryczna wręcz mgła wiele Ci nie dawała zobaczyć.
Ląd, to coś co dawało Veljowi cień nadziei na wydostanie się z tego miejsca. Wolał dostać się w środowisko odpowiednie dla niego, jak góry i lasy. Nie miał też zamiaru wracać pod wodę i szukać potwora, bo nie widział w tym sensu. Trochę też się wkurzał, znał swój świat, zawsze wiedział gdzie jest, a tu był sam i bez armii. Mocniej ścisnął maczugę w ręce i raźnym krokiem ruszył przed siebie środkiem ziemi. Musiał też znaleźć kowala, żeby naprawił mu but, albo zrobił nowe.
Kroczyłeś przed siebie po zarośniętej niskimi roślinami glebą w którą zapadałeś się kilka centymetrów swymi ciężkimi metalowymi buciorami. Uważałeś też by w tej ciężkiej mgle nagle znów nie wpaść do wody bądź nie pierdolnąć z losowe drzewo bagienne które od czasu do czasu mijałeś, wsłuchiwałeś też się w odgłosy bagien, grzechotanie oraz warki różnych stworzeń żyjących bardziej w wodzie niż na lądzie którym brak widoczności na powierzchni aż tak nie przeszkadzał. Co jakiś czas coś gdzieś w wodzie której już nie widziałeś po lewej bądź prawej stronie coś bulgotało... Po namyśleniu się zdecydowałeś że najgorsze w tym wszystkim była ta cholerna mgła, jak miałeś ocenić gdzie jesteś? Gdzie do najbliższego lasu bądź gór? Znaleźć kowala czy chociażby nie pierdolnąć w coś przypadkiem gdy widziałeś ledwie co jest metr przed Sobą.


Niemożliwe było Ci ocenić gdzie aktualnie szedłeś ani co Cię czekało, póki co szedłeś przed Siebie, lecz zawsze mogłeś też zmienić kierunek.
Velio maszerował raźnie przed siebie, jednak nie wiedział gdzie dokładnie idzie. Ogólnie nie wiedział gdzie jest. Nie wiedział skąd przyszedł i gdzie jest, ale szedł nadal naprzód. Gdy mijał drzewa wpadł mu do głowy pewien pomysł, zatrzymał się przy jednym i zaczął szukać młodych gałązek. Jak się nie ma mięsa, to i młodą korą się zadowoli, a i w drzewie był sok. Tak więc Velio szukał młodych gałązek, aby zjeść i iść dalej.
Zatrzymałeś się przy już kolejnym drzewie w celu posilenia się, nie wiedziałeś kiedy uda Ci się zdobyć jakiś mięsny posiłek więc potrzebował aktualnie czegokolwiek, musisz w końcu mieć siły na potencjalne łowy. Zacząłeś zrywać młode gałęzie z nie za wysokich drzew których pień wyglądał jak martwy ale gałęzie na jego samej górze wystrzeliwały w górę i opadały w dół, trochę niczym u wierzby. Zrywając młode gałązki zauważyłeś dziwną rzecz, był nim sok o którym wcześniej myślałeś i miałeś rację że będzie w tych gałązkach... Lecz nie spodziewałeś się że będzie się wręcz z nich sączył i kapał na ziemie z miejsc gdzie oderwałeś młodą gałąź od reszty drzewa.
Mało kiedy Velio się z czegokolwiek cieszył, raczej czół ciągły głód, zarówno fizyczny, jak i duchowy. Mógł być najedzony, jednak cięgle było mu mało podbojów i walki. Na razie jednak posilał się sokiem z drzewa i gałązkami. Wpadł też na pomysł, że skoro ma już drzewo, to może się na nie wspiąć i spróbować zobaczyć, co jest ponad mgłą i obrać mniej więcej kierunek drogi. Stwór zaczął wspinać się na drzewo, o ile te byłoby w stanie go utrzymać i starał się dostać na górę, aby ogarnąć gdzie jest i gdzie ma iść.
Wręcz wpierdalając gałązki i popijając je sokiem wydostających się dziwnie dziko z ran jakie drzewu wyrządziłeś. Sok był też dziwnie smakowity, nie poznawałeś tego smaku ale był kwaśno słodki, cóż może nic Ci się od niego nie stanie... Następnie postanowiłeś wdrapać się na górę tego drzewa o może słabych gałęziach ale mocnym pniu o starej korze w którą łatwo było wbijać palce i pazury. Na górze niestety okazało się że mgła nie sięgała tylko ziemi, twe pole widzenia było takie same jak na dole z tym wyjątkiem że teraz nie widziałeś nic prócz siebie i czubka drzewa na jakie się wspiąłeś.
Widać sztuka przetrwania w tym świecie była trudniejsza, niż się zdawało. Mgła wisząca nad całym terenem nie napawała optymizmem - żeby Velio wiedział jeszcze co to jest, on po prostu działał. Tak więc nie udało się mu obrać azymutu i pozostawało iść względnie w kierunku w którym do tej pory mierzał. Im szybciej znajdzie wyjście, tym lepiej
Poszedłeś dalej w jak Ci się wydaje tym samym kierunku co poprzednio. Póki co nie odczuwałeś też skutków ubocznych ostatniego posiłku, co świadczyło by dobrze prócz zniesmaczenia tym że musiałeś się pożywić czymś innym niż mięsem...


Po chwili jednak wszystko się zmieniło, dotarłeś do miejsca gdzie mgła zaczęła się gwałtowanie rozszerzać, wręcz pozostawała nieruchomo za Tobą z każdym krokiem gdy nagle wkroczyłeś do wielkiego korytarza wolnego od dziwnej mgły... Ogromny pół krągły korytarz rozprzestrzeniający się na twe lewo i prawo w nieskończoność wraz z dużą rzeką która była w centrum tego tunelu dając zaledwie kilka metrów ziemi od brzegu która nie była pochłonięta przez mgłę. Z jednej strony czułeś się zadowolony że opuściłeś w końcu tą dziwną mgłę, a z drugiej dotarłeś do jakiejś rzeki która w jakiś nienaturalny sposób odpychała od swych wód ją...


Nawet jeśli nie wiedziałeś co o tym sądzić, czy to wytwór maga czy jakieś anomalii magicznej to lepiej było coś widzieć, a przynajmniej kierunki w jakie mogłeś ruszyć. Nim jednakże zdążyłeś przyjrzeć się bardziej otoczeniu wyczułeś smak krwi... Mięsa... Ludzkiego, zbyt dobrze znałeś ten zapach by go pomylić. Stałeś na podwyższeniu, na walu rzeki porośniętym rzadką trawą a niżej wały bliżej brzegu rzeki ktoś musiał jakiś czas temu wędrować, i to ranny. Rozglądając się wzdłuż obu brzegów nie ujrzałeś zbytnio różniący się widoków, jednakże w obie strony widziałeś kopce ziemi w równych odstępach, tuż przy dość małych lecz widocznych kanałach wodnych prowadzących w głąb lądu... Czyżby to oznaczało że ktoś specjalnie zalał te tereny tworząc bagno? To jednak nie było teraz ważne, tylko to że za którymiś z nich mogła się schować twa ofiara, musiałeś jednak wybrać kierunek, lewo bądź prawo... Albo poszukać śladów, lub dokładniej przyjrzeć się obu kierunkom.
Koniec mgły był miłym widokiem, dla Velia. Mógł w końcu odetchnąć i zobaczyć coś więcej, niż czubek własnego krótkiego nosa. Jeszcze lepszy był unoszący się w powietrzy zapach krwi. Stwór wyraźniej wyczuwał ofiarę, może nawet dorwie ją żywą. Martwą też by nie pogardził, o ile nie zaczęła się rozkładać. Wykonał podpór przodem przytykając nos do ziemi i chcąc wyłapać zapach jak najlepiej. Jedzenie było najważniejsze. Już myślał o tym kogo zje, miał nadzieję, że nie będzie to nikt stary. Tacy ludzie mają zwykle niezbyt dobre wnętrzności i mało mięsa. Liczył też, że nie będzie te dziecko - te były miękkie i miały delikatne kości, jednak równie mało mięsa. Liczył na kobietę, najlepiej młodą. Chciał wgryźć się w swoją ofiarę wyszarpując jej mięśnie i słyszeć, jak przerażone krzyki człowieka rozbrzmiewają w całej okolicy. "O tak, idę po ciebie!" - pomyślał i oblizał usta. Starał się wyłapać zapach przy ziemi i ruszyć jego śladem.
Zapach krwi człowieka, ludzkie mięso gdzieś w pobliżu... Twój rodzaj był może lepszą wersją orka, ale mniej dzika. Inteligentniejszą oraz silniejszą stworzoną do prowadzenia hord, twój węch nie był tak dobry jak mniejszych i słabszych kuzynów. Tak więc oznaczało to że człowieczyna musi być blisko, podszedłeś zatem w dół wału bliżej brzegu gdyż w tamtym kierunku wyczuwałeś najmocniej krew gdy przyległeś nosem do ziemi. Przyglądając się błotu który wsiąkał krople widziałeś dokładnie gdzie prowadził kropelkowy ślad, no może nie dokładnie gdyż ten rozprzestrzeniał się na górę i dół rzeki... Przydałby się teraz taki zwykły ork o wieprzowych nozdrzach który by lepiej złapał zapach.
Podążając za śladem krwi, Velio szedł z nosem przy błotnistej ziemi niczym świnia tropiąca. Jego nozdrza poruszały się nerwowo a on podążał z chciwą chęcią dorwania ofiary. Szedł opierając się na czterech kończynach przypominając teraz z postury coś na wzór psa, czy innej zdeformowanej istoty. Dotarł na brzeg rzeki, lecz zgubił trop. Wyprostował się, złapał w rękę maczugę i chrząkną pod nosem. Omiótł otoczenie wrogim i czujnym wzrokiem u szukał miejsca, gdzie ofiara mogłaby się schować. Chyba, że wpadła do wody, wtedy nie zje nic.
Kopce, kanały wodne, trawiasty brzeg i błotnista ziemia wału z którego zszedłeś była z każdej strony. Sam schodząc z wału zostawiłeś wyraźne ślady, to by oznaczało że nie widząc żadnych innych twa ofiara musiała iść trawiastym wąskim brzegiem. Sama woda rzeki nie posiadała praktycznie płycizny, prawie od razu zapadając swe dno do dobrze widocznych kilku metrów... Rzeka wydawała się wyjątkowo czysta z porównaniem do tej panującej na samych bagnach. Jednakże nie na wodzie Ci zależało, wyprostowany wściekle się rozglądałeś za jakimś punktem bardziej charakterystycznym. Zbocza wału długiego jak sama widoczna rzeka były z licznymi kopcami za którymi ktoś mógł się schować bądź zakopać, nie masz czasu na przeczesywanie ich wszystkich. Lecz w dole rzeki bo twojej stronie brzegu coś przykuło twą uwagę, brązowe prawe jak ziemia, wyglądało jak kolejny stos ziemi lecz nim nie było. Stary zwalony pniak z którego nawet gałęzie już nie zostały leżał na zboczu wału tuż przy brzegu oparty jednym końcem o kopiec ziemi, najbardziej charakterystyczny punkt w tym miejscu i najlepsze miejsce na postój dla rannego który miałby pod ręką może suche drewno do rozpalenia ognia... Albo i zbyt oczywiste miejsce na schronienie bądź odpoczynek, zakładając też oczywiście że osoba którą tropisz jest wciąż gdzieś w pobliżu.